Second Life Polska by Servicetek

Second Life Polska- Blog o społecznosciach w SL

Archiwum kategorii ‘second Life Polska

Polish Community: culture, psychology, translated video tutorials

without comments

I love, LOVE experiencing what’s happening all across the wonderful world of Second Life — including when people doing great things are connected across many miles to begin with. As SL expands internationally, community gateways are coming together for not just more common languages like German and Japanese, but smaller cultures which are beginning to thrive, blending their offline experience with virtual customs.

Recently, Katrin Linden got me connected with Malwina Dollinger. Malwina, Magnus Balczo, and Villemo Inglewood are collaborating on translating video tutorials I created earlier so that Polish Residents can understand and benefit from them.

It’s not just a one-pass dubbing: certain issues like lengthening passages to fit the language need to be considered, and I’ve been corresponding with technical guidance. They’ll have more soon but I wanted to share an early look at one vid from the

Polish Community YouTube Channel:

These videos are part of a bigger project — Polish Community, complete with smile, have their own orientation island. In what I hope will inspire leaders in other SL communities, the Polish Community team have put not just a lot of thought, but a lot of action into their introduction to Second Life. They’ve done necessary fundamentals like translating Viewer text into Polish, but they also impart a sense of humor, as I found out firsthand when I was exploring and fell into a hole. (It’s actually a lesson that teaches you how to fly.)

As I’ve grown to be an unofficial ambassador of Second Life culture over the ages, I appreciate the thematic touches that Polish Community have invested. Combining deep philosophy with simpler lessons, they’ve paid special attention to the psychological bridge between one’s “real” identity and how they perceive themselves as an avatar. Take this lush field, for example, representative of “the old country” and meant to help someone relax after they’ve learned basic lessons or had a particularly thought-provoking discussion. Wide open spaces buttressed by hills and narrow pathing, even represented in pixels, can have a profound effect on our unarticulated selves.

And oh, Polish Community have even got a special section for WindLight; I’m inherently biased, but teaching how to change the atmosphere and affect emotional state always goes over well with me.

Polish Community, in their own words:

“Polish Community is a project focused on promotion of creativity and cooperation between Residents in Second Life®. The main aim for the project is to increase the level of integration and accommodation with Second Life interface of Polish-speaking Residents. By using semantic solutions of the technology of new media, Polish Community opens the possibility of realization and participation in panels of education, business and community programs for every Resident of the Second Life. Taking into consideration the polysemous nature of Second Life platform, Polish Community successively contributes to cultivation and promotion of Polish culture, tradition and art on the international arena.

The essential idea of the Polish Community is collaboration and participation of all Residents for whom support and help are rudimentary targets of existing in Second Life world. Thus, this world – fully created by people and for people, in which human imagination is a sole border is a place to which Polish Community welcomes everyone.”

Anyway, it’s pretty awesome.

Visit Polish Community WyspaStartowa in Second life

to check it out for yourself — do note the orientation areas are restricted to newcomers, so if you’d like a more involved tour, express interest to Malwina.

More info on the Polish Community beta website

Finally, you can see more pictures I took along the way. Thanks to Malwina and Magnus for the highly enjoyable tour!

Know a lovely use of adapting Second Life knowledge resources into another language or for differently-abled people? Do share in the comments!

Written by Bodeha

lipiec 17, 2009 at 8:51 am

Wrocławscy urzędnicy w poszukiwaniu stu milionów – koniec Second Wrocław?

without comments

Dziurawy budżet Wrocławia to aktualnie największy problem dla jego urzędników. Planując plan finansowy trochę się przeliczyli, na konto miasta wypłynęło bowiem mniej pieniędzy z podatków niż to wstępnie zakładano. Wrocławianie muszą się teraz zatem liczyć z zaciskaniem pasa, bo miejska kasa będzie oszczędzać.

Już teraz wiadomo, że impreza sylwestrowa na wrocławskim Rynku zostanie odwołana. Miasto rezygnuje też z utrzymania swojego odpowiednika w grze komputerowej „Second Life”. Zrezygnowano również z planowanych remontów kamienic.

Na największe oszczędności muszą się przygotować sami urzędnicy: pamiętanie o gaszeniu światła, zapisywanie kartek papieru po obu stronach, brak podwyżek – to tylko niektóre z pomysłów na oszczędność. Z urzędnikami oraz rzecznikiem magistratu Pawłem Czumą rozmawiała reporterka RMF FM Barbara Zielińska:

link do wywiadu audio: http://www.rmf.fm/fakty/?id=157396&temat=76

Written by Bodeha

czerwiec 16, 2009 at 5:42 pm

Wirtualna Dzielnica Czerwonych Latarni: Second Life ma problem z seksem

without comments

Jedną z najważniejszych zalet Second Life jest fakt, że użytkownicy mogą całkowicie dowolnie tworzyć swoje awatary. Dzięki temu zmieniają się w wampiry, punki, modelki, striptizerki, a nawet prostytutki. Seks sprzedaje się w Second Life tak samo dobrze jak w realnym świecie. Według danych Linden Lab, transakcje dotyczące seksu w Second Life sięgają kwoty 35 milionów dolarów – realnych.

Seks w Second Life

fot. yukali

Seks w Second Life

 więcej zdjęć

 Linden Lab w oficjalnym blogu podało, że zamierza “udoskonalić” Second Life i dać mieszkańcom wirtualnego świata więcej kontroli nad tym, co tam widzą. Firma zamierza wypracować definicję treści dla dorosłych, która zawierałaby “wyraźne zachowania seksualne” oraz “obraz genitaliów”, “obecność intensywnej przemocy” i “stymulacja przez używanie narkotyków”. Zmiany mają pojawić się już za kilka miesięcy.

Strefa tylko dla dorosłych

Strefa tylko dla dorosłych będzie oddzielona od “głównego lądu”. Ludzie, którzy będą chcieli dostać się do zakazanej strefy, będą musieli najpierw przejść przez procedurę weryfikacji wieku. (wykorzystując do tego np. swoją. kartę kredytową). Mieszkańcy, którzy posiadają posiadłości w strefie dla dorosłych, nie będą musieli się przenosić, ale będą zmuszeni do aktywacji weryfikacji wieku.

putBan(62);

Second Life ma problemy

W przeszłości Linden Lab zmagał się już z problemami etycznymi i regulacjami prawnymi, włączając w to oskarżenia o dziecięcą pornografię czy problem z wirtualnymi bankami, które nie chciały wypłacić użytkownikom Second Life obiecanych pieniędzy z inwestycji.

Czytaj więcej o Second Life

Czytaj więcej na technologie.gazeta.pl

Written by Bodeha

kwiecień 21, 2009 at 10:29 am

Second Life ma wielką przyszłość?

without comments

Pomimo ogólnej spadkowej tendencji sprzedaży na rynku gier, Second Life wciąż przynosi zyski i pozyskuje nowych użytkowników – powiedzieli szefowie Linden Lab, twórcy Second Life, w wywiadzie udzielonym dla serwisu The Industry Standard.

Mark Kingdon, szef Linden Lab, powiedział, że sytuacja Second Life na rynku jest bardzo dobra. Gra po kilku latach od premiery wciąż przynosi firmie zyski, skutecznie przyciąga nowych użytkowników oraz satysfakcjonuje dotychczasowych użytkowników – czytamy w serwisie The Industry Standard.

Spotkania firmowe w Second Life?

Szef Linden Lab dodał, że firma aktualnie pracuje nad kilkoma projektami lokalizacyjnymi platformy oraz wprowadzeniem narzędzi, które ułatwią wchodzenie do Second Life realnych firm np. pracownicy z różnych części świata mogliby spotykać się w wirtualnej przestrzeni. Twórcy z Linden Lab są przekonani, że ich platforma będzie mocną konkurencją dla rozwiązań telekomunikacyjnych.

putBan(62);

Upadek Google Lively? To naturalne…

Szef Linden Lab odniósł się również do zeszłorocznego zamknięcia projektu Google Lively, który miał być konkurencją dla Second Life. Według niego musiało się tak stać. Obecnie większość firm koncentruje się na tym, co robi najlepiej, zamykając ryzykowne przedsięwzięcia.

Co niedługo pojawi się w Second Life?

Aktualnie najważniejszym celem jest uproszenie interfejsu, tak aby każdy użytkownik mógł go idealnie opanować w maksymalnie pół godziny – powiedział w wywiadzie Kingdon.

Czytaj więcej na technologie.gazeta.pl >>

Written by Bodeha

kwiecień 21, 2009 at 10:25 am

Świat zazdrości Second Life stabilnej gospodarki

without comments

Firma Linden Lab opublikowała niedawno pierwszy w 2009 roku raport dotyczący przychodów firmy i trendów w świecie Second Life. Z raportu jasno wynika że popularna gra MMO ma się dobrze.

Second Life

fot. Second Life

Second Life

<!–0–> Jak wynika z opublikowanych w raporcie wyników użytkownicy spędzają więcej czasu w wirtualnym świecie oraz coraz częściej zawierają między sobą różnorakie transakcje, które w 2009 roku mają osiągnąć wartość rzędu 450 mln USD.

Ekonomia w Second Life ma się więc bardzo dobrze. Według wstępnych przewidywań ok. 68% firm inwestujących w Second Life, zamierza zwiększyć swoje środki na tego typu działania.

putBan(62);

Użytkownicy spędzają w Second Life ok. 124 miliony godzin, co jest wzrostem o 42 procent w stosunku do tego samego okresu w zeszłym roku. Ponadto wartość transakcji między użytkownikami wyniosła średni 120 mln. dolarów, to o 65 procent niż w zeszłym roku.

źródło: cnet.com

Written by Bodeha

kwiecień 20, 2009 at 10:23 am

Real to za mało (art z Twoj Styl)

z 2 komentarzami

Monitor komputera jest dla jak nich lustro Alicji z Krainy Czarów. Prowadzi do innego świata. Drugiego życia. Magda w sieci znalazła pocieszenie po śmierci męża. Sylwia odkryła istotę seksu. Jola prowadzi blog i ma milion fanów. Karolina na portalach społecznościowych “uszczęśliwia” swoimi pomysłami tysiące ludzi. Polki pokochały cyberświat. Szukają w nim tego, czego brak im w realnym. Czy znajdują?

Monika Bielska, 37 lat.
Drugie życie: Gra Second Life, trójwymiarowy elektroniczny świat naśladujący rzeczywistość. Z własną gospodarką, walutą i społeczeństwem. Żyją tu awatary. W Second Life nie chodzi o wyniki, tylko o emocje. Wirtualny Paryż. Dwoje trzydziestolatków krąży nad wieżą Eiffla. Lot z Republiki Polska zajął im 30 sekund. W Second Life każdy awatar potrafi latać. Wioska pod Gdynią. Palce biegają po klawiaturze. Monika, w sieci Pauline, zawiesza wirtualny spacer. Nalewa krupnik.
– “Hubert, obiad! – woła syna. – Wszystkiego najlepszego” – siedmiolatek wręcza jej laurkę. Dziś prawdziwa Monika kończy 37 lat. – “Robisz imprezę? – pyta koleżanka. – Źle się czuję” – kłamie Monika. Woli świętować w Second Life. Razem z awatarami pije szampana. Tym razem w Tokio. Bilans dnia: szesnaście godzin w województwie pomorskim. Osiem w wirtualnym Paryżu i Japonii. Wstaje od komputera o drugiej nad ranem z myślą: fajne to moje drugie życie. Jest pewna: nie potrzebowałaby go, gdyby żył mąż.

NIBY-ŻYCIE
Trzy lata temu. Monika przykłada kostki lodu do opuchniętych oczu. Znowu płakała. – “Wyjdź do ludzi”, dzwoni mama. – “Wpadnij wieczorem, pogadamy – namawiają koleżanki. – Nie mam siły” – odpowiada rozdrażniona. Czasem ignoruje dzwonek telefonu. – Odcięłam znajomych, przed rodzicami udawałam pogodzoną z życiem. Po co mi współczujące spojrzenia? Za to Pauline jest duszą towarzystwa. Singielka. Bez dziecka i trudnej przeszłości – Monika wspomina, jak wymyślała swoją awatarkę. – Pauline, zwana Poli, zacznie swoje życie od zera. Nikt nie będzie mówił jej ciepłych słów, bo jest wdową. Zasłuży na nie. Malinowy top czy jedwabne bolerko? – Pauline lubi się stroić, Monika przebiera ją, klikając na ciuchy w okienku na ekranie. Sama dawno nic nie kupiła. Po co? Dla kogo? Rano odwozi syna do szkoły, potem spędza osiem godzin w Urzędzie Miasta. Skończyła teatrologię, chciała być krytykiem, scenarzystką.

– Zostałam urzędniczką – mówi gorzko. – Tylko w SL mogę być, kim zechcę. Teraz Pauline jest projektantką mody. W specjalnym programie graficznym tworzy stroje. Inne awatarki kupują je w wirtualnym sklepie. Ceny w lindenach, oficjalnej walucie SL. Top – 200 lindenów. Suknia ślubna 1500. W SL da się zbić realną fortunę. Na specjalnej stronie niby-pieniądze można wymieniać na dolary – kurs: 1000 lindenów to ok. 3 dolary. Pewna Amerykanka, sprzedając “grunty” (faktycznie miejsce na serwerze) – na którym awatary budują miasta w SL, zarobiła 100 tysięcy dolarów. Monika swoje lindeny wydała ostatnio na działkę przy wirtualnym lesie. Postawiła tam dom, o jakim marzy. “Na bogato”. W realu mieszka skromniej. W PRL-owskim bliźniaku meble z pchlego targu, Ikei. I najważniejszy przedmiot: komputer. – To mój lek na całe zło – ironizuje. – Klikam w ikonę “zaloguj” i bawię się w niby-życie. Tak jak w dzieciństwie. Leżałam pod kołdrą i wyobrażałam sobie, jak księżniczka wiruje w walcu z księciem. Byłam zahukaną dziewczynką, która uciekała w fantazje. Rodzice wysłali mnie do szkoły rok wcześniej. Więc byłam cicha i przezroczysta. “Spadaj szczawiu”, słyszałam w klasie od starszych koleżanek. Rozkwitałam w marzeniach. Monika traktuje SL jak zabawę z dzieciństwa w wersji dla dorosłych. Może zmyślać, ile zechce.

NIBY-MĘŻATKA
Zima 2006. Monika drze gazety, żeby rozpalić w kominku. Na jednej ze stron tytuł: “Kliknij i podaruj sobie lepsze życie”. Czyta: “W Second Life możesz wszystko. Poznajesz ludzi z całego świata. Zaprzyjaźniasz się, zakochujesz. Chcesz willę z basenem – klik i jest twoja”. Wchodzę w to! – Monika wieczorem otwiera stronę www.secondlife.com. Od razu ląduje na tzw. wyspie Orientation – tak rejestrują się nowicjusze. Jej awatarka jest łysa i naga. Monika tworzy alter ego. Nazywa się Pauline. Suwakami na ekranie zmienia “ciało”. Brązowe włosy związane w kucyk, pieprzyk na policzku – tu Poli przypomina Monikę. Tylko jest szczuplejsza, młodsza – tak jak wszyscy w niby-życiu. W realu Monika chodzi przygarbiona, chowa się pod obszernymi ubraniami. Ucieka, gdy pewnego razu słyszy: “Taka stuprocentowa kobieta potrzebuje trzystuprocentowego faceta, jak ja”, kolega w pracy kładzie ręce na jej biodrach. – Spanikowałam – opowiada.

– Jestem gruba. Seks? Czułabym się śmieszna – oburza się. Ale libido daje znać. Kiedy tuli się do koca, pod którym leżeli kiedyś z mężem, ciało tęskni. Wtedy wysyła Poli do Orgyroomu. Tu awatary spotykają się na seks. – “Pomiziamy się?”, Poli zaczepia przez komunikator Chrisa, to jej kochanek. Monika: – Kiedy mam ochotę na miłość, klikam w okienko z pozycjami. Obrazki się poruszają, można dodać dźwięk jak na erotycznym czacie. Czasem cyberkochankowie spotykają się naprawdę i lądują w prawdziwych sypialniach. Pobierają się, mają dzieci. Ja nie przenoszę znajomości do realu. Boję się zdjąć maskę Pauline.

NIBY-ŁZY
Przy łóżku Moniki poradniki: Jak przeżyć stratę bliskiego, Sztuka radości. – Zestaw kupiony po śmierci męża – pokazuje. – Po pięciu stronach kończyłam czytać, znudzona frazesami: “Jesteś miłością, przeszłość nie istnieje…”. Ale mam grupę wsparcia – twierdzi. – W SL ludzie otwierają się bardziej niż w realu. “Żona zdradza. Umarło mi dziecko, szef poniża…”, opowiadają o problemach schowani za awatarami. Monika też ustami Poli wyznała: “Czasem tęsknię za mężem. Dotykam jego swetrów, wącham skórzaną kurtkę. Kiedy przestanę myśleć?” – Nawet jeśli wysłucha cię awatar, przytuli na ekranie, czujesz ulgę jako człowiek – opowiada. “Jestem złą matką”, myśli Monika rok temu, kiedy syn rano opowiada: “W zamku straszy. Ale mój awatar to superman”. – Hubert wciągnął się w Panfu, podobną do SL grę, tyle że dla przedszkolaków. Awatary mają postać misiów panda. Nawet nie zauważyłam, jak popołudniami przyklejeni do komputerów przeżywamy drugie życie. Zima 2009.

– “Mamo, chcę kakao. – Za chwilę” – Monika zbywa syna, bo właśnie odkrywa nową wyspę w SL. Nagle wrzask. Hubert wylał na siebie wrzątek, bo jego matka była w tym czasie daleko. – Przesadziłam – wstydzi się. Po wypadku odnajduje artykuł o SL. Czyta: “Uważaj. Second Life ukradnie ci real. Drugie, «lepsze» życie zastąpi pierwsze. Ile czasu spędzasz na grze?”, pada pytanie. “Sześć, osiem… Boże, to chore”, myśli.
– Ostatnio bilans wypada na korzyść realu – cieszy się Monika. Zapisaliśmy się z Hubertem na basen, umówiliśmy się: zamiast gry film na DVD albo rower. Przestaję uciekać od rzeczywistości. Odnawiam przyjaźnie, chcę widzieć prawdziwy uśmiech, zjeść autentyczny placek z owocami, zamiast klikać w ikonkę jedzenia. Może się złamię? Mam ochotę poznać jednego awatara. Na żywo.

Sylwia, 36 lat. Nie chce podawać nazwiska. Drugie życie: seksczaty. Dzięki kamerze, mikrofonowi i wibratorowi odkryła, że jest genialną cyberkochanką. W prawdziwym łóżku był dramat.

Północ. Łomot do drzwi. Sylwia odruchowo zatrzaskuje laptopa. Zawiązuje szlafrok, poprawia włosy. Na korytarzu sąsiad. – “Ludzie chcą spać! Dość harców z mężem! – Ale ja mieszkam sama. – To co, ogląda pani filmy porno na cały regulator?”. Cienkie ściany w bloku na poznańskim osiedlu zdradzają tajemnice. Sylwia za głośno krzyczała. Maciej111 potrafi dać jej rozkosz, choć właśnie jest w Łodzi. Kiedy zjawił się sąsiad, “pracowali” nad jej orgazmem. Orgazmem przez duże O – tylko takie miewam, odkąd robię “to” w sieci. Sylwia, okrągła blondynka, uczy muzyki, po pracy wyżywa się w kuchni. To jej hobby numer jeden. Jest też numer dwa: seks. Cyberseks. W realu ma za sobą dwa małżeństwa, trzy nieformalne związki. W sumie przez 20 lat pięciu mężczyzn. Przez ostatnie 24 miesiące “spała” z 19 facetami w wirtualu.

– Byłam seksualną ignorantką – opowiada o przeszłości. Za Artura wychodzi na pierwszym roku studiów. W łóżku bez rewelacji. Stały schemat: pozycja klasyczna, całus w szyję i “do rzeczy”. On ma zawsze orgazm, ona nigdy. Dwa lata po ślubie odkrywa pikantne SMS-y w komórce męża. Artur przyznaje: “Dla ciebie seks to pańszczyzna. Mam kochankę”. Po rozwodzie Sylwia związuje się ze starszym mężczyzną. “Nie ma bardziej podniecającej kobiety”, słyszy. Celebruje z Janem codzienność: kolacje, romantyczne weekendy. On świata poza nią nie widzi. Ona usiłuje bagatelizować pewien niedostatek. – Jan był miernie obdarzony przez naturę – opowiada.
– Chciałam, żeby nam wyszło, ale nie podniecał mnie. Nudziłam się. Cztery lata temu Sylwia ogląda Ostatnie tango w Paryżu. Marlon Brando kocha się z Marią Schneider, a ona czuje większe podniecenie niż we własnej sypialni. – Mam trzydzieści lat, omija mnie coś istotnego – myśli. Wytrzymuje z Janem jeszcze rok.

TEN PIERWSZY RAZ
Z pokoju Sylwii dochodzi świergot ptaków. To elektroniczny sygnał – ktoś chce się z nią spotkać na czacie. Po pracy wraca do domu, rzuca torebkę, buty i wskakuje na łóżko. Kto dziś? Klika w skrót do ulubionego seksczatu. Loguje się i wchodzi do pokoju schadzek. Na erotycznej stronie Czaterki są: Diabloboy i Doktorżiwago. Tym razem Sylwia ma ochotę na szybką akcję, klika w kandydata numer jeden. Zakłada słuchawki z mikrofonem, pyta: “Na co masz dziś ochotę?”. Sięga do szuflady po wibrator. Czasem nie chce flirtować na głos. Grę wstępną zaczyna, pisząc w okienkach czatu erotyczne wiadomości.

– Trzeba mieć szybkie palce, żeby nadążyć za tym, czego pragnie ciało – mówi. Schemat zawsze jest podobny. Jeśli to nie wideoczat i nie zna kochanka, prosi: “Przyślij zdjęcie”. – Gdy facet jest OK, na stronie z seksczatem wybieramy tzw. pokój, czyli miejsce, gdzie umawiamy się na seks – tłumaczy Sylwia. – Dobre słuchawki, sporadycznie kamerka, koronkowa bielizna to mój niezbędnik – mówi. Najbardziej lubi klasyczny seks na audioczacie: miłość przez telefon. – Siedzę z laptopem, zamykam oczy i wyobrażam sobie: kocham się na plaży, w hamaku, w sypialni…

DŁUUUGA GRA
Pamięta “pierwszy raz”. Po rozstaniu z Janem i dwóch nieudanych próbach związku w realu, nie poddaje się. Zakłada profil na serwisie randkowym. Szuka miłości, w anonsie dodaje też “przyjaźni i przygody”. – Nie wiedziałam, że słowo “przygoda” to synonim seksu. Oburza się, kiedy dostaje mailem pytanie: “Wanna fuck?”. “Co za cham”, myśli i kasuje wiadomość od Snowmana. Facet nie odpuszcza. “Nie uciekaj, szukam przygody. Ty też – pisze. – Lubisz dłuuugą grę wstępną? Zerwałbym z ciebie ubranie…”. Odpowiada żartem: “Zębami?”. Natychmiast prywatny numer na Gadu-Gadu. Tam konwersacja robi się intymna. W wyskakujących okienkach czułe słowa: “Nie spieszmy się. Chcę poczuć twój zapach, zobaczyć, jak mrużysz oczy…”. – Dzięki komplementom poczułam się dobrze jako kobieta – wspomina Sylwia. – Potem zareagowało ciało. Uruchomił się apetyt na seks. Chciałam dotykać, całować, wzdychać. Miałam orgazm. “Po” umówiliśmy się na drugi raz. Apetyt rósł.

MOJA MILKY WAY
Teraz zamykam oczy i mogę… wszystko – Sylwia rozmarza się nad klawiaturą. Kombinuje, wymyśla. Wczoraj była długowłosą Agłają z powieści Jerzego Sosnowskiego. Kobietą-cyborgiem, spełniającą fantazje seksualne, pachnącą wanilią. Dziś prowokuje nickiem: Kazia Szczuka. Mężczyźni trochę się boją, ale pytają: “Jaki masz biust Kazimiero – C czy D?”. – Czasem jestem wyuzdana, przy powitaniu na czacie pytam: “Byłeś niegrzeczny? Spotka cię kara…”. Po takim tekście nie nadążam z odpowiedziami – faceci są tak napaleni. Innym razem chowam się za postacią Polyanny de Tourvel z Niebezpiecznych związków. Jeśli mężczyzna wie, o kogo chodzi, nie zaproponuje brutalnego seksu. Czasem Sylwia zaczyna gierkę już w pracy. Odbiera wiadomości: “Biegnę do ciebie, nie wypuszczę cię z ramion…”. Potem krótki telefon w drodze do domu: w którym “pokoju” się umawiamy? – Każde z nas jedzie do siebie, by “gotowi na wszystko”, usiąść przy komputerze. – tłumaczy. – Uwielbiam budowanie napięcia. W realu to mi się nie zdarzało. I na razie nie zdarzy. Żaden facet nie będzie mi się pętał po domu – twierdzi.

– Wolę moje fantazje w sieci. Sylwia zaczyna flirt: “Witamy państwa na pokładzie boeinga 737… Nasz rejs potrwa… Polecimy na wysokości…”. Zawsze chciałam się kochać w samolocie. W ciasnej toalecie. Zrobiłam to już kilka razy, nie wychodząc z domu – opowiada. – Na łączach nie ma wstydu. Umiem powiedzieć: członek, wagina, orgazm. Ale wolę przenośnie: był “orzeł”, a nawet absurdalne: jego Snickers, moja Milky way… W prawdziwej sypialni takie słowa nie przechodziły mi przez gardło. Tu nie jestem “zboczona”, co zarzucił mi kiedyś drugi mąż. Chciałam miłości francuskiej. Był zniesmaczony. Teraz seks oralny to elementarna pieszczota. “Jesteś kochanką totalną”, komplementują Sylwię cyberpartnerzy. Wypiękniała, jest bardziej pewna siebie. Na ulicy oglądają się za nią mężczyźni. Ale ci jej nie interesują. – Widzę całującą się parę i odwracam obojętnie wzrok – mówi. – Podniecenie? Emocje? To zdarza mi się już tylko przed komputerem.

NIE IDŻ NA CAŁOŚĆ
Nie zajdę w ciążę. Nie uwiodę cudzego męża – Sylwia przekonuje do cyberseksu. – Ograniczam przyrost naturalny w zaludnionym świecie, nie zarażę się HIV… Za to mam swoje ars amandi. Do zatracenia. – “Naprawdę robiłaś to z dwoma jednocześnie? Idziesz na całość? – zapytały ostatnio przyjaciółki. – Nie idę – przyznaje. – Wpadłam dwa razy na minę. Jeden pomyleniec żądał: Włóż worek foliowy na głowę. Brak tlenu sprawi, że będziesz miała lepszy orgazm. Uciekłam. Drugi zamiast mówić szczekał”. Wylogowała się przy pierwszym warknięciu. Sylwia nie ryzykuje. Z kamery korzysta ostrożnie – tylko z partnerami, którym ufa. – Wtedy się nie obawiam, że nagrają mnie i będą szantażować. Naczytałam się takich historii w necie. SMS do Maćka111: “Co to było?! Stosunek przerywany?”.

Kilka tygodni temu “pada” sieć. Sylwia w rozpiętej bluzce sprawdza wtyczki, modem. “Error 505″, wyświetla się komunikat. Awaria internetu trwa tydzień. Sylwia ogląda serial, ale myśli: “Ciekawe, kto jest teraz w seksroomie, miałabym ochotę na…”. Pierwszy raz pojawia się lęk: uzależniłam się? Tym bardziej że od koleżanek słyszy: Izolujesz się, nie poznajesz nowych ludzi. To żaden seks. Tylko masturbacja. Żeby się uspokoić, Sylwia robi test, który znalazła w gazecie. Ulga, nie jest cyberseksoholiczką. Tak, kiedy wchodzi na czat, czuje kopa podobnego do narkotykowego haju. Tak, w chwili stresu natychmiast rusza na “polowanie”. Ale nie traktuje seksu jako substytutu miłości. Nie oszukuje bliskich. I nigdy nie ma poczucia winy.

– Daleko mi do uzależnienia – uspokaja się. Fajnie byłoby tak: obudzić się przy ukochanym. Zobaczyć w łazience stojące obok siebie dwie szczoteczki do zębów. – Jest mniej fajnie – mówi. – Budzę się przytulona do pluszowego hipopotama, w domu brak męskich przedmiotów. Prawdziwy związek jednak mnie przeraża. Od miłości wolę więc seksczat. Albo randkę z hologramem – w Japonii powstają trójwymiarowe telewizory projektory. Może jak w filmach SF będę mogła zaprosić mężczyznę do salonu? Zjemy kolację przy stole, pokochamy się na sofie. Wyłączę hologram, gdy będę miała dość. Tak jak teraz, kiedy jednym kliknięciem kończę z kochankami. Tak, wiem, cyberseks przenosi się czasem do realu. Ja nie jestem gotowa wrócić do prawdziwej sypialni.

Jolanta Plona, 28 lat. Drugie życie: blog. Od kilku lat jako Jolinda prowadzi internetowy dziennik Blogus Pospolitus. Przefiltrowany przez siebie opis rzeczywistości. Jej cyberfelietony są od lat w setce najpopularniejszych blogów w Polsce. Fatalna środa w realu wygląda tak. Rano: kłótnia z mężem. Potem z prysznica leci lodowata woda, kubek z kawą spada na ziemię. Jola, wykonując akrobacje, usiłuje ochronić jasne spodnie. Koledzy dziwnie się uśmiechają, kiedy spóźniona wpada na zebranie. O, Boże!, odkrywa rozpruty szew na środku pupy. Z wściekłości zjada trzy batoniki, wyżywa się przez telefon na mężu: “Kiedy wreszcie wykupisz leki dla psa. Jak zdechnie?!”. Odpala komputer, zamiast odpowiedzieć na 80 służbowych maili, wpisuje tytuł na blogu: “Przeterminowane spodnie”. “(…) Znalazłam portki, których szukałam miesiącami. Spontanicznie włożyłam je na dupkensa i pognałam do pracy. Na miejscu wykryłam, że są dziurawe na środku tyłka. Wiecie, jak to jest iść potajemnie ze zszywaczem do łazienki i naprawiać sobie ubranie?”. Koniec wpisu. Koniec złego humoru.

Wieczorem licznik odwiedzin Blogusa przeskakuje co kilka sekund. Już 1500 osób przeczytało wątek o spodniach. – “Wracaj do łóżka – prosi mąż. – Jeszcze tylko akapit”. Kiedy wchodzi do sypialni, Maciek już śpi. – To silniejsze ode mnie mnie – przyznaje Jola. Gdy jest Jolindą, przestaje istnieć dla świata. Dzwoni komórka: “Mamo, nie mogę teraz, piszę!”, rozłącza się. – “Znowu cały weekend z laptopem? Zamiast ze mną?”, Maciek dopomina się o uwagę. Jola: “Poczekaj, muszę przeczytać komentarze. Rozpętała się awantura, chcą mnie zlinczować, bo napisałam, że mam nowe auto. – Zwariowałaś? Ludzie gniotą się w autobusach, a ty obnosisz się z luksusem. – Ale ja nie mogłam się powstrzymać… – Zobaczysz, przez blog stracisz męża – mówi Maciek. – Tak jak kiedyś prawie straciłaś pracę…”. Jola chciałaby zapomnieć, jak w 2004 roku szef w firmie informatycznej wezwał ją do gabinetu: “To pani twierdzi, że mam chore ego i jestem kastratem? Stawiam pod znakiem zapytania dalszą współpracę”. – Musiałam się gęsto tłumaczyć – opowiada Jola.

ZA DUŻO JOLINDY W JOLINDZIE
– Pilnuję się, nie piszę o pracy ani o seksie – mówi Jola. – Autocenzura tak, ale bez przesady. Przeklinać nie przestanę. Czytelnicy chwalą ją za styl: “Uwielbiam twoje neologizmy”. Lasie to kobiety. Niby-buty – klapki japonki. Dupatam zastępuje “guzik prawda”. W archiwach tematy: “Kredyt pokochiwalny” – o rozterkach ignorantki w banku. “O wpadkach, które jednoczą” i gafie kolegi, któremu przy wyjmowaniu drobnych na tacę w kościele wypadła prezerwatywa. Albo “Odezwa” – manifest do kobiet, które “jęczą o dyskryminacji”. Są też rozdziały osobiste. “Małżon”, “Mamina” – czyli o najbliższych Jolindy. Mąż Maciek nie czyta blogu, bo jak twierdzi: “Miałby za dużo Jolindy w Jolindzie”. To jej wariactwa, głupiowywody i narzekania, ma ich nadmiar w realu. Często obrywa w blogu: “Żandarm, upierdliwiec i zgred”, Jola opisuje Małżona. Ale zaraz dodaje: “Nikt inny tak długo ze mną nie wytrzymał. To musi być miłość”.

Mamina, mama jest polukrowana. Jak nie kochać kobiety, która w kapeluszu ą la Audrey Hepburn i z książką Kapuścińskiego w ręce podlewa trawnik? – To najważniejszy człowiek w moim prawdziwym życiu – mówi Jola. – Prowadzimy absurdalne rozmowy przez telefon: “No cześć mami, co się nie odzywasz? – Jak się nie odzywam… ciągle coś mówię, a że akurat nie do ciebie, to wybacz, dla wszystkich nie starcza”. Cytuję nas potem w blogu. – “Myślisz, że Mamina mogłaby mnie zaadoptować”, pytają koledzy z pracy. To moi najwierniejsi fani – chwali się Jola. Czasem słyszy: “Chciałbym mieć takie fajne życie jak ty”. – Pospolite – twierdzi. – Żadne fajerwerki. Jestem “planktonem fabrycznym”. Od lat w korporacjach. Dni spędzam w szklanym molochu. Praca od 9 do 17. Zakupy w supermarkecie. Kolacja z mężem, film na DVD – opowiada. – Mam kompleksy, chciałabym być chuda jak Kate Moss, nie lubię swojego nosa. W rzeczywistości nie jestem tak dowcipna ani tak waleczna jak Jolinda.

Za to histeryczna – żartuje Jola. – Ale gdybym nie przeżywała drobiazgów, nie pisałabym blogu. Wystarczy, że kobieta na poczcie warknie, kierowca wyrzuci niedopałek, mąż krzywo spojrzy przy śniadaniu, Jola się wkurza. Kiedyś nawrzeszczałaby na panią w okienku, kierowcę wyzwała od debili, a męża traktowała jak powietrze. Dziś siada do klawiatury. – Pisanie to moje “flakowywlekanie” – mówi. – Jak przewietrzę głowę i przejrzę się w krzywym zwierciadle, problem staje się tyciutki. “Brawo! Potrafisz śmiać się przez łzy, PMS-y, złość”, komentują czytelnicy.

POCZĄTKUS
“Dlaczego nie mogę spać pod biurkiem w pracy, skoro i tak nie mam nic do roboty?” – zdanie z Początkusa, wątku założycielskiego. Jola zachęcona akcją jednej z gazet – Piszmy blog zakłada w 2004 roku dziennik. – Potrzeba “przetrawienia” dnia została mi z dzieciństwa – opowiada. – Kiedyś pisałam w zeszycie w różyczki. W tajemnicy. Teraz chcę publiki, łudzę się, że moje spowiedzi się “nie marnują”. “Co za lanserski bełkot?! Po co zaśmiecać net?” – nie wszystkim podoba się Jolinda. – Bywa, że odechciewa mi się pisać. “Zawiodłaś mnie, więcej nie będę cię czytać”, ludzie są oburzeni postem: “Niestrawność oddzieciowa”. “Nie chcę dzieci – deklaruje w nim Jolinda po niedzielnym obiedzie w restauracji. – Bo to wrzeszczące małolaty z piszczałkami, które rzucają się frytkami. Za własne pieniądze nabawiłam się podniesionego ciśnienia, niestrawności i silnej niechęci do seksu”. Reakcja piorunująca. – Uznano mnie za wynaturzoną egocentryczkę – wspomina. Obraża się: Więcej nie piszę. Po trzech dniach odbiera 176 maili z prośbami: “Bądź sobie naczelną antymatką RP! Tylko pisz!”. Jola loguje się na Blogusie Pospolitusie. Stęskniła się.

UGRYZŁA MNIE OSA
Głośniej “szczekam” w wirtualu – żartuje. – Jestem ekshibicjonistką, duszą towarzystwa. Blog to erzac przyjaciół, sposób na bliskość – przyznaje. – Całe życie przeprowadzałam się z miejsca na miejsce. Tata dostawał kontrakty w całej Polsce. Rodzina jechała za nim. Zmieniałam miasta, traciłam znajomych, więc dziś trudno mi wejść w głęboką relację. W moim Blogusie sama ustalam granice. Kiedy kontakt robi się zbyt intymny, mówię stop. Moi “czytacze” to też moja grupa wsparcia. Przecież miewam napięcia przedmiesiączkowe, koleżanka dostaje podwyżkę, ja nie, ugryzła mnie osa. Myślę wtedy: Dno i metr mułu. I odpalam blog. Przeglądam się w oczach internautów. Czytając komentarz: “Mąż mnie wkurza, dziecko chore, jesteś mi potrzebna, żeby wstać z łóżka”, cieszę się, że komuś coś “poprawiam”. Choćby kiepski poranek. Ludzie chcą widzieć radzącą sobie ze wszystkim, wesołą Jolindę. Ostatnio czytacz stwierdził na Blogusie: “Świetna telenowela: nie nuży i nie można jej zarzucić, że jest nieżyciowa!”. – Piszę kolejne odcinki – uśmiecha się Jola – na razie mam wysoką oglądalność. Licznik odwiedzin przeskakuje.

Karolina Dulnik, 33 lata. Drugie życie: serwis społecznościowy Goldenline. Miejsce kontaktu ludzi, którzy chcą rozwijać się zawodowo. I nie tylko. Dla Karoliny Goldenline to hyde park, klub dyskusyjny, miejsce, gdzie spełnia marzenia, poznaje przyjaciół, znajduje miłość. Wyraża siebie. A ludzie jej słuchają. “Konkludując personifikację inkoherencyjną…”, na szkoleniu dla specjalistów PR trwa wykład. Karolina ziewa. Szturchnięcie. – “Hej – szepcze sąsiad – jesteś Carla? Dziewczyna z Goldenline? – Owszem – Karolina się czerwieni. – Słyszałem, że jesteś najlepszym kaowcem na GL. Ciągle coś wymyślasz. – Mam za dużo pomysłów – tłumaczy się Karolina – wiesz, gonitwa myśli. Z kimś muszę je dzielić”. Profil Karoliny na GL: Zdjęcie roześmianej dziewczyny. Czarny golf, postrzępione włosy, wygląda na 25 lat. W obszernym CV data urodzenia: 1976 rok. Stanowisko: rzecznik prasowy międzynarodowej firmy kurierskiej. Karolina zna języki, robi podyplomowe studia z PR-u. W dziale hobby wpisała: muzyka, żagle… i wielkimi literami ŻYCIE. Obok w rubryce “znajomi”: liczba 606. – Sto osób znam bardzo dobrze, są jak moja rodzina zastępcza – żartuje. – Prawdziwą zostawiła w Kaliszu, kiedy wybrała studia w Warszawie.

Gigantyczne zdjęcie kokpitu w samolocie wisi na ścianie w żoliborskim mieszkaniu – prezent od kolegów z GL. Karolina uwielbia latać, niebawem zrobi licencję pilota. Ma inne pomysły: kurs na sternika jachtowego, może nurkowania. – Znowu nadmiar planów – śmieje się. – Mam na nie czas, bo nie mam rodziny – mówi otwarcie. – Być mamą, żoną? Chciałabym… Ale jestem pojedyncza, dotychczasowe związki nie wypaliły. Szukam takiego wariata, który nadąży za mną, podzieli wszystkie moje pasje. Na razie dzielę je z wielomosobami. Nie ma faceta, jest Goldenline… – żartuje Karolina. – Tu nie czuję się sama. Ani samotna.

ZAPNIJ PASY
“Zlituj się, córeczko, choć w weekend nie włączaj komputera – Karolina odwiedza rodziców w Kaliszu. – Tylko sekundkę – tłumaczy się. Sekundka trwa godzinę. – “Tam sobie życia sobie nie ułożysz – mówi mama. – Oj, nie martw się, mamuś, właśnie sobie układam – śmieje się. – I tata powinien się zarejestrować. Pomogłoby mu to w interesach”. Po powrocie w jednym z wątków założonych na Goldenline Karolina napisze już poważnie: Czy tracicie coś w realu, przesiadując w sieci? Ja nie! Internet wzbogaca życie. Upiększa. I organizuje. Kilka dni z życia Carli. Poniedziałek wcześnie rano. W kostiumie, butach na obcasie wychodzi z domu, dźwigając olbrzymi karton. Wewnątrz książki, kredki, pluszowe misie. Znajomi z GL poważnie potraktowali jej apel: “Prezenty dla dzieci z pogotowia opiekuńczego.

Zbiórka u mnie w domu”. Wtorek. Carla skrzykuje kilkunastu goldenowców na koncert Myslovitz. W środę rano wsiada do pociągu do Katowic. Wspiera znajomego z portalu: “Jest konferencja, potrzebujemy eksperta – poprosiła. – Zrobisz wykład o współczesnych teoriach komunikacji? – Oczywiście”. “Ludzka twarz GL, Kobieta rakieta”, piszą o Carli goldenowcy. – Możesz schować się pod imponującym Curriculum Vitae – opowiada o GL Karolina – traktować nasz portal jak punkt kontaktowo-biznesowy. Albo spotkać pasjonatów i wrażliwców, którzy szukają czegoś więcej niż awansu. Rok temu dzięki GL Carla poleciała na wakacje życia. – Dwunastu wariatów z grupy: Lotnictwo wynajęło zabytkowego antonowa. – Uwielbiam dwupłatowce – opowiada. – Cel: Rumunia. Moment, gdy siedziałam obok pilota, czułam, jak podrywa się maszyna, a ja krzyczałam: Pasy zapięte? Będzie odlooooot!!, zapamiętam na długo. Następnym razem sama siądę za sterami.

W WIĘZIENIU
Zostanę przewodniczącą klasy, reporterką, skrzypaczką, 10-letnia Karolina co chwilę informuje rodziców o pomysłach na życie. – Apetyt na: “mocniej i więcej” to lejtmotyw mojego życia – ironizuje po latach. – Będę jak Tina Turner, kobieta wulkan – myślałam. – “Kręciłam” klipy ze sobą w roli głównej, przeglądając się w szybie meblościanki w mieszkaniu w Kaliszu. Dopóki byłam zdrowa – opowiada. Powracający koszmar. Co kilka lat Karolina ciężko choruje. W przedszkolu po zabiegu neurologicznym spędza miesiące w gipsie od bioder po szyję. Płacze, ilekroć słyszy z podwórka śmiechy koleżanek. W liceum kłopoty z nerkami. Operacja. I znowu izolacja. Jak w więzieniu. “Pula nieszczęść wyczerpana”, myśli. Kilka lat późnej ma poważny wypadek. Jest zima 2005 roku. – Nie poznaję swojego życia. Oszaleję.

Karolina znowu leży. Trzeci miesiąc nie wychodzi z domu. Gorset wokół pękniętego kręgosłupa ciśnie. Ale gorszy jest gronkowiec. Lekarz zarządza: “Zero kontaktów. Złapie pani każdą infekcję”. Jest źle. Zaczyna brakować pieniędzy, tuż przed wypadkiem Karolina odeszła z pracy. Koleżanka podpowiada: “Zaloguj się na Goldenline. To biznesowa elita, znajdziesz na pewno coś ciekawego”. Karolina: – Wyłowiła mnie duża firma PR. “Wracam do życia”, myślałam, łykając tabletki przeciwbólowe, żeby spokojnie przejść przez rozmowę kwalifikacyjną. – “Mogę zacząć za dwa miesiące”, powiedziałam. Dostałam pracę. Ale z Goldenline się nie wylogowałam. Nie szukałam zajęcia, tylko towarzystwa. Kiedy “łapałam dół” zamknięta w domu, potrzebowałam żyć życiem innych. Żeby nie skupiać się na sobie. Pół roku później. Karolina pakuje walizkę na kółkach. Wciąż osłabiona, na antybiotykach, ale już bez gorsetu jedzie do chłopaka. – Byliśmy razem kilka miesięcy – opowiada. – Zafrapował mnie. Poznaliśmy się w grupie Muzyka, cytując piosenki Kombajnu do zbierania kur po wioskach – mało kto zna ten zespół. Brak anonimowości jest potężną zaletą Goldenline. Tu nie możesz schować się za nickiem jak na portalach randkowych. Podoba ci się facet, sprawdzasz jego profil: CV, hobby, wypowiedzi. Złośliwy, nieśmiały, charyzmatyczny, błyskotliwy…, nawet stan konta można wyczytać między wierszami – żartuje Karolina.
NUDNO BEZ CIEBIE
A – jak Awiacja. B – jak Blog. C – jak Charytatywnie. F – jak Festiwale. S – jak Sensoryczni. Karolina moderuje i współtworzy kilkadziesiąt grup tematycznych. Wystarczy kliknąć w odpowiedni link, żeby prześwietlić jej życie. Karolina “kulturalna” to wpisy na forum Koncertowo: “Kochani, nie przeoczcie Sacrum Profanum. Uwaga, niedługo trasa Angie Stone”. Karolinę społecznika można spotkać w Charytatywnie. Tam rozkręca akcje pomocy. Umierający Mateusz ma marzenie, chce dostawać pocztówki z całego świata. “Wysyłajmy!”, namawia. Fora PR lub Komunikacja Wewnętrzna to odsłona profesjonalna Karoliny. Ludzką najłatwiej znaleźć w Sensorycznych. – To moja grupa “do przytulania” – tłumaczy. W wątku założycielskim napisała: “Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi za waszą czułość w nieczułości świata”. Tu rozmawia się o dziurach w sumieniu albo publikuje wiersz. Kolejne pomysły Karolina spisuje na żółtych karteczkach.

Potem wklepie je do laptopa. – Czasami próbuję odpocząć, ale gdy nie jestem aktywna dwa dni, dostaję prywatne maile: “Co się dzieje?! Nudno bez ciebie”. Jak wy mnie “uśmiechacie”, odpisuje Carla. – Muszę, potrzebuję, chcę być na Goldenline z powodu ludzi. Za dobrze znam samotność – mówi. Ale uwaga, w sieci kogoś tylko spotykasz. Poznajesz w realnym życiu. “Nie dotknę dziś komputera”, postanawia czasem Karolina. Kręci się po domu, przegląda gazety, przełącza kanały w telewizorze, wiesza pranie. “Jeszcze pomaluję paznokcie” – myśli. – Albo pójdę na łyżwy”. Wkłada czapkę, szalik i nie wytrzymuje: “Ktoś chętny na wyprawę na lodowisko?”, pisze na Goldenline. Sama na łyżwy? Idiotyczny pomysł Poślizgam się z moją półwirtualną rodziną. Umawiamy się w sieci. Spotykamy w realu.

JESTEM JAKA JESTEM
W internecie pokazujemy się tacy, jacy jesteśmy naprawdę – mówi psycholog Krzysztof Krejtz ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, redaktor naukowy książki Diagnoza Internetu 2009.

Twój STYL: Czy istnieją dwa światy? Ten, w którym teraz rozmawiamy, i wirtualny?
Krzysztof Krejtz: Nie. Rzadko spotyka się w internecie społeczności wyłącznie wirtualne, zazwyczaj “sieć” służy utrzymaniu kontaktów, które mamy w rzeczywistości albo chcemy odświeżyć jak w przypadku Naszej-klasy.

TS: Wiem, że czaty przestały być popularne, a ich miejsce zajęły fora. Dlaczego?
KK:
Bo to coś bardziej trwałego, wartościowego niż pogaduszka na czacie. Forum zaspokaja potrzebę afiliacji, kontaktu z ludźmi, to też sposób na gromadzenie znajomych.

TS: Niektórzy mają na liście kontaktów 200, 400 osób, po co?
KK: To jak spis telefonów w komórce, gdybyśmy je policzyli, okazałoby się, że też jest ich ponad 200. Poza tym każdy z nas dąży, by być w grupie, otoczyć się “siecią” osób, które mogą nam być bliskie albo rzeczywiście są. A czasem zwyczajnie miło pochwalić się ilością znajomych. Jak w szkole: im więcej osób zaprasza mnie na imprezy, tym moja samoocena wzrasta. Wiem, że jestem popularny.

TS: Powszechnie uważa się, że ludzie w internecie są bardziej otwarci. Czy to prawda? KK: Z badań wynika, że w internecie pokazujemy się tacy, jacy jesteśmy naprawdę. Siedząc przed komputerem, nie widzimy rozmówcy, więc czujemy się bezpieczniej. I rzeczywiście czasami w sieci łatwiej powiedzieć o problemie czy o nim porozmawiać. Internet ma jedną zasadniczą przewagę nad realem: szybciej znajdujemy w nim ludzi do nas podobnych. Wegetarian, pasjonatów decoupage’u czy miłośników gotyckiego romansu. Badania amerykańskie pokazały, że osobom nieakceptowanym społecznie, np. homoseksualistom, anarchistom, którzy uczestniczyli aktywnie w forach skupiających osoby o takich samych poglądach, łatwiej było się otworzyć w rzeczywistości.

TS: Czyli ćwiczenie umiejętności wirtualnie może przynieść efekt w świecie rzeczywistym. Rewelacja!
KK: W internecie łatwiej zacząć mówić na ty, sprawić, że rozmowa jest mniej formalna. Jeśli się potem z kimś poznanym w sieci spotkamy “na żywo”, taką swobodę raczej zachowamy. Internet daje możliwość szybszej realizacji niektórych potrzeb, tak jak w przypadku blogerki, bohaterki reportażu. Naturalnie, mogłaby pisać np. teksty do gazety, ale byłoby to trudniejsze i zajmowałoby więcej czasu.

TS: Czy życie w popularnej grze Second Life naprawdę jest drugie?

KK: Nazwa budzi takie skojarzenia, ale to wcale nie musi być inna rzeczywistość! Czy pani praca to drugie życie? Są osoby, które w biurze spotykają się ze znajomymi. Ludzie emocjonują się, że nastolatka siedzi po pięć godzin w internecie, a nikt się nie zastanawia, że połowa Polski codziennie wieczorem ogląda M jak miłość, przeżywając losy fikcyjnych postaci. To nie jest second life?

Rozmawiała Ewa Awdziejczyk

WYJŚĆ Z SIECI
Jak rozpoznać uzależnienie od sieci i jak sobie z nim radzić, mówi specjalistka od uzależnień Luba Szawdyn

Twój STYL: Dlaczego ludzie uzależniają się od internetu?
Luba Szawdyn: Są zachwyceni: mają możliwość szybkiej komunikacji, zdobycia informacji. Potem zaczynają buszować po tym śmietniku i natrafiają na ukochane strony. I część z nich zostaje na zawsze. Komputer, jak kieliszek wódki, daje szybką ulgę, łagodzi lęki, zapewnia ekscytację.

TS: Po czym rozpoznać uzależnienie?
LS: Pierwsze ostrzeżenie słychać, kiedy znajomi mówią: “Już nie można wyciągnąć cię z domu”. To sygnał: uważaj, możesz się uzależnić. Gdy obiecuję sobie, że siądę na kwadrans, a wstaję nad ranem – to drugie ostrzeżenie. A trzecie, kiedy zaczynają się pojawiać objawy “odstawienia”. Jestem rozdrażniona, bo nie mam dostępu do sieci.

TS: Czy zetknęła się Pani z zaburzeniami osobowości w związku z używaniem internetu?
LS: Przychodzą ludzie-kameleony: tyle stworzyli sztucznych osobowości, że już nie wiedzą, kim są. Internet jest groźny dla osób starszych, które aktywność zastępują klawiaturą. A młodzież uzależnia się od gier. Często brutalnych, które są niebezpieczne dla rozwoju emocjonalnego.

TS: Jak można sobie pomóc w uzależnieniu?
LS: Kiedy wiemy, że gramy kilka ról: jesteśmy matkami, kochankami, pracownicami, internet nami nie zawładnie. Dla tych, którzy są uzależnieni, najlepsza jest terapia grupowa.

Rozmawiał Roman Praszyński

zrodlo: http://www.styl24.pl/article.php/art_id,2129/title,Nasz-Raport-Real-to-za-malo/#art-top

Written by Bodeha

kwiecień 14, 2009 at 9:35 pm

Moje drugie życie -prawdziwy old squl artykuł z wyborczej duzy format 2006 12

without comments

Bodeha: Chyba od tego sie zaczeło w Polsce secondowanie :)

Obejrzyj zwiastun gry “Second Life”

To była dziwna podróż. Gdzie ja właściwie jestem – zastanawiałem się. Dookoła lądowali inni ludzie. Ja zresztą też dopiero co wylądowałem po dłuższym lewitowaniu.

putBan(62);

Obok mnie – nagie kobiety i goli mężczyźni.

Byłem w przedsionku raju i przygotowywałem się do wejścia.

Też byłem nagi i zastanawiałem się nad jednym z kilkuset parametrów. Skrócić sobie szczękę, a może wydłużyć? Brwi gęstsze czy wyskubane? A klatka piersiowa? Kiedy wpisałem maksimum, wyglądałem jak dwóch Mariuszów Pudzianowskich. Zły pomysł.

Wylądowałem na stacji pośredniej w grze “Second Life” (Drugie życie). “Second Life” to przebój cyberprzestrzeni. Gra już ponad 1,5 miliona ludzi na całym świecie. Liczba graczy rośnie lawinowo. Gra powstała przed trzema laty, jeszcze kilka miesięcy temu było ich o milion mniej.

Każdy, kto zaloguje się do “Second Life”, musi sobie zrobić awatara – takie drugie ja, które będzie krążyć po wirtualnym świecie. Drugie ja, które będzie wolne od wad pierwszego, prawdziwego. Bo choć liczbę włosów na głowie można ustawić od całkowitej łysiny po fryzurę bujną jak u Wioletty Villas, to przecież nikt z własnej woli nie zrobi się przygarbionym łysiejącym urzędnikiem z nadwagą.

Tu mogłem być wreszcie piękny.

I trochę z tym przesadziłem.

Nazywałem się Kronos Pokryshkin (nie pytajcie dlaczego, tu wszyscy nazywają się odlotowo – nazwisko wybrałem sobie z bazy danych, a imię samo przyszło mi do głowy).

Byłem wysoki, miałem wąskie biodra, ale za to szeroką klatkę i całkiem niezłe bicepsy.

Byłem opalony, miałem śliczny nos. Naprawdę. Spędziłem cały kwadrans, modelując go tak, żeby prezentował się idealnie z każdej strony. Nie był może tak idealny jak nos Michaela Jacksona, ale Michael w końcu spędził o wiele więcej czasu, kształtując swój.

Oczy miałem migdałowe, rzęsy, no, z rzęsami też trochę przesadziłem. Były długie i zalotnie podwinięte.

Kiedy zerknąłem na swojego awatara, zrozumiałem Jacksona. Już wiedziałem, jak to jest, kiedy ma się możliwość stworzenia ciała idealnego.

Byłem idealny i wyglądało to trochę dziwacznie.

Napakowany, wysoki facet o twarzy intelektualisty i słodkiego cherubinka jednocześnie. Po prostu czuły barbarzyńca.

Ale przechodzić przez to jeszcze raz? Znowu zastanawiać się nad kątem opuszczenia ramion albo jak bardzo w skali 1-100 mają mi odstawać uszy? Przecież robiłem się kilka godzin.

Nigdy więcej.

Kronos Pokryshkin będzie więc facetem odrobinę androginicznym, o wdzięku nastolatka, ale z ciałem mistrza świata w kulturystyce. Kobiety nie będą mogły mu się oprzeć.

Teraz tylko trzeba go ubrać, bo wciąż stoi goły. Aby tylko nie przedobrzyć. Dżinsy (kto by pomyślał, że może być tyle ich rozmiarów – i wreszcie zrozumiałem, jaka jest różnica między prostymi a dopasowanymi). Na to T-shirt i gotowe. Jestem gotów do podboju nowego świata.

Wcisnąłem OK, zamrugałem swoimi długimi rzęsami i rozejrzałem się dookoła.

W pobliżu stało trzech facetów kropka w kropkę podobnych do mnie.

putBan(62);

Wszyscy byliśmy idealni. Zamrugali do mnie długimi rzęsami i wyprężyli bicepsy.

Może jednak należało zrobić się na urzędnika z nadwagą? Przynajmniej byłbym oryginalny.

Przyszłość zapowiadała się nielekko.

Garstka przystojniaków teleportuje się

Facet na placu, na który przyleciałem, był dziwaczny. Trafiłem na niego prawie natychmiast po teleportacji. Tak, teleportacja to strasznie wygodna forma transportu. Awatar rodzi się, rozgląda, zaczyna latać. A potem się teleportuje. Bo tam, gdzie się urodziłem, nie było nic ciekawego. Garstka takich jak ja przystojniaków patrzących na powstające co chwila piękne kobiety. Nikt nie miał pojęcia, co dalej. Każdy był nowy.

- To co? Teleportujemy się? – zaproponował Gia Mohr, który był Szwedem i chwilę ze mną pogawędził. W pierwszym, prawdziwym życiu pracował w transporcie, a tu chciał zrobić karierę jako DJ i się spieszył.

Stacja pośrednia to taki trochę dworzec. Duży plac, dookoła park i kilka budynków. No i ogłoszenia. Teleportacja tu, wymiana walut tam. Tak, zdecydowanie dworzec. A dziwny facet z pióropuszem był najwyraźniej informacją.

Dookoła latali nowi, których już nauczyłem się rozpoznawać. Wyglądali jak ja i bardzo chciałem to zmienić.

Wcisnąłem OK i poleciałem.

Wirtualne sushi za prawdziwe pieniądze

“Second Life” rozwija się błyskawicznie.

- To nie gra, my tworzymy nowy świat – mówił Philip Rosedale, twórca Linden Lab, firmy, która stworzyła grę.

Wirtualnych światów w sieci jest multum. Ale różnica między nimi a “Second Life” jest gigantyczna. Normalna wirtualna gra jest jak klub czy kawiarnia. Jeśli to knajpa dla fanatyków metalu – chodzimy w czarnych skórach. A jeśli kawiarnia dla turystów – pijemy z porcelanowych filiżanek. W fantastycznym świecie “Warcraft” możemy być rycerzem i tępić orków. Ale to wciąż tylko gra.

- “Second Life” jest jak Ameryka sto lat temu – twierdzi Rosedale. – Wysiadasz na Ellis Island z węzełkiem i wszystko przed tobą. Może zostaniesz za kilka lat miliarderem, a może skończysz w noclegowni.

Bo “Second Life” to właściwie już nie gra, to rzeczywiście drugie życie. Już teraz powierzchnia wirtualnego miasta jest większa niż prawdziwego Bostonu. Ceny wirtualnych gruntów rosną na potęgę. “Second Life” jest jak Alaska w czasach gorączki złota.

- Zamierzasz otworzyć jakiś interes? – zainteresował się Gia Mohr, który lewitował obok mnie.

- Bo ja wiem – zafrasowałem się. – Nie wiem jeszcze, może się rozejrzę. Mohr zniknął. Czy w tym świecie nikt nie ma czasu, żeby chwilę pogadać?

Wcisnąłem enter i znowu się teleportowałem.

Stałem nad brzegiem morza, powoli wschodziło słońce, jak okiem sięgnąć wzdłuż wybrzeża ciągnęła się szeroka, kompletnie pusta autostrada. Za mną, nad brzegiem morza, rzędy zabudowań. High-tech, szkło i stal. Eleganckie sklepy, kilku latających klientów i szum fal.

Tu mogłem kupić najprawdziwsze wirtualne cygara, ekstrawaganckie koszulki ze smokiem, flagi narodowe (nie było polskiej, więc je zignorowałem) i wpaść na sushi.

putBan(62);

Nic nie było za darmo. Cygara 200 lindeńskich dolarów, koszulka 150 dolarów, flagi były za stówę.

Poszedłem na sushi i dopiero przy płaceniu rachunku zorientowałem się, że chociaż sushi było wirtualne, to pieniądze jak najprawdziwsze.

- Gdybyś usiadł przy barze, byłoby za darmo – szepnęła mi jakaś dobra dusza w czarnej skórze z pióropuszem czerwonych włosów.

No jasne, powinienem się tego domyślić. We Francji też przy barze jest taniej. Ale skąd, na litość boską, miałem wiedzieć, że za wirtualne sushi będę musiał płacić prawdziwymi pieniędzmi.

Jedyna frajda, jaka mi została, to zastanawianie się, jak księgowość “Gazety” poradzi sobie z rozliczeniem delegacji do wirtualnego świata i rachunkiem za sushi, którego nie było.

W końcu byłem w świecie, gdzie nic nie było za darmo, a rządził dolar. Lindeński dolar, ale to przecież na jedno wychodzi.

Milion prawdziwych dolarów w wirtualnym świecie

Miałem na koncie 250 dolarów. Lindeńskich dolarów, a te ostatnio nie stoją dobrze. Za jednego prawdziwego dolara amerykańskiego płaci się 170 lindeńskich. Każdy, kto rejestruje się w grze, dostaje na dobry początek 250 dolarów, czyli jakieś

4 złote. To zupełnie tak samo jak w latach 80., kiedy szczęśliwcy, którzy jechali na Zachód, mogli na książeczkę walutową kupić całe 10 dolarów po oficjalnym kursie, a potem zaszaleć za nie w Paryżu.

Ja mogłem zaszaleć mniej więcej na tym samym poziomie. Za 250 dolarów mogłem kupić najwyżej nową koszulkę i cygaro. Ta, którą dostałem na starcie, na milę wołała: “Jestem nowy i biedny. Ubranie mam z pomocy społecznej”. Dookoła przechodzili ludzie odziani w fantastyczne kreacje jak z “Matriksa”, z fryzurami jak z rozdania Oscarów. Czułem się jak ubogi krewny, który zajechał na bal haute couture.

Musiałem zarobić.

Lindeńskie dolary można kupować i sprzedawać. Na specjalnej stronie istnieje cała giełda, a kurs lindeńskiego dolara faluje jak na tej prawdziwej. Kiedyś był całkiem niezły i dolar amerykański kosztował 30 lindeńskich. Teraz jest trochę gorszy, ale nikomu to nie przeszkadza. W końcu i tak można zostać milionerem.

Udało się Anshe. Właśnie zarobiła w wirtualnym świecie swój pierwszy milion. Milion prawdziwych dolarów.

Każdy awatar chce być Anshe

Anshe urodziła się w Chinach, wyszła za mąż i przeniosła się z mężem do Niemiec. Trzy lata temu weszła do “Drugiego życia” trochę z ciekawości, a trochę z nudów. Zapłaciła 9,95 dolara za wejście i stanęła jak ja i półtora miliona innych ludzi nad brzegiem morza.

W pierwszym życiu nie bardzo wiedziała, co robić. Mąż, informatyk, nauczył ją obsługi komputera. Anshe (w pierwszym życiu Ailin) zaczęła zwiedzać wirtualne światy. Zatrzymała się w “Second Life”, który mógł być czymś więcej. Sposobem na życie.

Anshe rozkręciła przez trzy lata gigantyczny biznes. Sprzedaje ubrania, gadżety, samochody, domy. Wszystkie wirtualne. Wszystko za lindeńskie dolary, które można w każdej chwili wymienić na prawdziwe. Nie może nadążyć z zamówieniami. W Chinach zatrudnia 20 informatyków i chce przyjąć drugie tyle.

Anshe to bogini nowego świata. W Ameryce każdy chciał być Rockefellerem, w “Drugim życiu” – zrobić karierę jak Anshe. Jest prawdopodobnie najbogatszą osobą w “Drugim życiu” (przynajmniej jeśli chodzi o tych, którzy dorobili się legalnie).

Ja też bym chciał, szkoda, że jestem taki niezdolny.

Miliony ludzi pracują za darmo i jeszcze się cieszą

Nowy w “Drugim Życiu” może otworzyć własny biznes. Chyba dlatego wszyscy się spieszą i nie mają czasu pogadać.

putBan(62);

Może choćby projektować koszulki. Albo budować domy. Jeśli ktoś nie ma czasu, a ma pieniądze, wszystko może zamówić u architekta. Jedna z najsłynniejszych architektek w “Second Life” to Aimee Weber. To ona zaprojektowała sklep odzieżowy amerykańskiego giganta American Apparel, który otwarto w wirtualnym świecie.

A Ian Hughes z IBM zbudował replikę Wimbledonu, na którym grały awatary tenisistów biorących udział w turnieju w prawdziwym świecie.

Tak, jeśli ma się pieniądze, można wszystko. Można po prostu przesłać fotografię swojego prawdziwego domu i zażądać, żeby w “Second Life” zrobiono jego kopię. Można rzecz jasna przesłać fotografię dowolnego domu – pałacu Buckingham, Pałacu Kultury albo katedry Notre Dame – i zamieszkać w wirtualnej kopii.

Tylko że ja pieniędzy nie mam, do projektowania niczego się nie nadaję, a do budowy domów to już z całą pewnością. Co prawda w wirtualnym świecie nie nosi się cegieł i nie miesza zaprawy – z tym tobym sobie jeszcze poradził. W wirtualnym świecie robi się jakieś czary-mary i programuje. A na tym w ogóle się nie znam.

Za to tysiące innych najwyraźniej się nauczyły i nieźle z tego żyją.

Właśnie dlatego “Second Life” jest wyjątkowe. W innych grach poruszamy się w świecie stworzonym przez programistów. A tu rozbudowują go uczestnicy, tworząc rzeczy, o których programistom by się nie śniło. Dopiero co oglądałem gigantycznego smoka, którego ktoś wybudował nad morzem. Przechodziłem też obok sklepu z podręcznymi bombami atomowymi (nie robią szkody, tylko piękne atomowe grzyby).

Uczestnicy rozwijają wirtualny świat za darmo. Nawet lepiej – płacą za ten przywilej, bo przecież każdy opłaca abonament – 9,95 dolara miesięcznie.

Obliczono, że gdyby Linden Lab chciał nająć informatyków i stworzyć cały wirtualny świat samodzielnie, musiałby zatrudnić ponad 4 tysiące specjalistów na pełny etat i zapłacić im przez kilka lat 400 mln dolarów – bo tyle jest dziś wart “Second Life”.

A co ze mną? Nie nadaję się do wymyślania budynków ani futurystycznych samochodów. Nie mam głowy do pieniędzy, więc nie otworzę instytucji finansowej, która pośredniczyłaby w wymienianiu wirtualnej waluty na prawdziwą i pobierała za to procent. W Polsce to się nazywa kantor, ale tu nazwy jak z Wall Street: LindeX Currency Exchange założony przez Linden Lab albo Ginko Financial, o którym ostatnio głośno było w wirtualnym świecie. Obiecywał aż 44 procent odsetek od lokat. Pojawiły się podejrzenia, że to wcale nie bank, ale piramida finansowa – bodaj pierwsza w wirtualnym świecie.

Mam chyba dwie wirtualne lewe ręce. Kreatorem mody nie zostanę, nie zarobię w kasynie, no i nie jestem kobietą, tylko diabelnie przystojnym mężczyzną. Gdybym był kobietą, mógłbym zrobić striptiz i wpadłoby trochę lindeńskich dolarów. Jak Buenos Rubber, którą spotkałem w nocnym klubie. Siedziała znudzona przy stoliku.

- Chciałbym chwilę pogadać – zacząłem głupio.

- Nie mam czasu.

- Słuchaj, jestem nowy, co właściwie mogę tu zrobić.

- Zależy, ile masz – Buenos taksuje mnie wzrokiem. – Chciałbyś, żebym się rozebrała?

- A mogłabyś?

- Zdejmę górę za 200 – proponuje Buenos (wygląda lepiej niż Angelina Jolie w najlepszych latach).

- Jasne – zgadzam się bez wahania (a jak z tym sobie poradzi nasza księgowość?).

Buenos zdejmuje koszulkę, wstaje i zaczyna tańczyć. Nie mam pojęcia, jak to robi. Kronos Pokry-shkin potrafi tylko chodzić i machać rękami, a Buenos wygina się w tańcu brzucha.

- I jak? Podobam ci się – pyta.

putBan(62);

- Jasne – mówię. – Dawno tu pracujesz?

- Jakieś dwa miesiące.

- Ciężko dostać taką robotę? – pytam.

- Zapomnij – macha ręką. – Kolejka chętnych na kilometr.

- A skąd jesteś naprawdę?

- Santa Clara – kiwa głową Buenos. – Muszę lecieć. Mam sponsora.

Jak pantera chodzi nie za darmo

Mogłem przecież zostać kobietą – pluję sobie w brodę. W “Second Life” kobietom zarobić jest łatwiej. Mógłbym się rozbierać w klubach albo występować jako modelka. Chociaż nie, jako modelka też bym chyba nie dał rady. Prawdziwa modelka musi ćwiczyć, gimnastykować się i utrzymywać dietę. A modelka w “Second Life” oprócz tego, że ma boską figurę – o to nietrudno – musi nauczyć się ładnie poruszać.

Twórcy gry nie przewidzieli chodu modelki. Ale oczywiście natychmiast pojawili się użytkownicy, którzy zaczęli pisać programy dla wirtualnych modelek. Teraz właściwie nie ma szans, żeby bez zamówienia specjalnego programu dostać robotę. Modelka musi się poruszać oryginalnie – to, że jest piękna, jest w końcu oczywiste. Udało mi się zobaczyć jedną z nich. Sunęła sprężystym krokiem pantery, o którym poczciwy Kronos Pokryshkin mógł tylko pomarzyć.

Ach, gdybym był ponętną kobietą, mógłbym też pozować dla “Slustlera”. Wyszły już trzy numery i sprzedały się świetnie – po 250 lindeńskich dolarów za egzemplarz. W środku masa gołych zdjęć. Kupuję (księgowość oszaleje!) i już mogę czytać. Przewijam sobie kolejne strony – zupełnie jak portal Gazeta.pl – i przekonuję się, że istnieją kobiety idealne.

- Potencjał jest ogromny – twierdzi redaktor naczelny Thomas Struszka. – W tym piśmie są zwyczajne dziewczyny z sąsiedztwa, wirtualnego sąsiedztwa.

Niestety, “Slustler” też cierpi na nadmiar chętnych. Kolejka do zaprezentowania się na rozkładówce jest ogromna. – Mógłbym od ręki wydać kolejne trzy numery – twierdzi Struszka.

Kronos, moje drugie ja, porzucił więc marzenia o szybkiej karierze i wielkich pieniądzach. Zaczął rozglądać się za normalną pracą. Czasu jest dość. W końcu w wirtualnym świecie można pójść do restauracji, ale nie cierpi się głodu.

Można kupić albo zbudować sobie dom. Ba, można kupić sobie całą wyspę. Wyspy chodzą po kilka tysięcy dolarów – prawdziwych – więc skreśliłem ten pomysł. Nasza księgowość by zwariowała, choć to świetna inwestycja. Ci, którzy kupili wyspy dwa lata temu, teraz mogą je odsprzedać z kilkusetprocentowym przebiciem.

Na razie byłem bezdomny. Kiedy opuszczałem “Drugie życie”, porzucałem Kronosa gdzieś w mieście. Było mi głupio. Awatary, których właściciele wylogowują się z gry, stoją dziwacznie zgarbione z rękoma opuszczonymi wzdłuż boków jak śmiertelnie zmęczeni ludzie.

- Czuję się dziwnie, kiedy wychodzę z “Second Life” – powiedziała mi Chloe Rust, która sprzedawała w sklepie koszulki. – Przecież mojej Chloe może coś się stać.

- Niby co – zastanawiałem się. Aż do chwili, kiedy przeczytałem o bandach i gangsterach.

Gangster Baba kradnie ludzi

“Second Life” jest tak prawdziwe, że byłoby dziwne, gdyby wszyscy po prostu lubili się i pilnowali swoich spraw.

putBan(62);

Przeczytałem w gazecie – bo jak w każdej szanującej się społeczności wychodzą tu gazety – że trzeba się pilnować. Straszna historia spotkała Abnormala Mensiga. Abnormal urządził party dla znajomych. Nic wielkiego – ognie sztuczne i grill. Nagle na imprezę wpadło kilkunastu nieproszonych gości, którzy zaczęli wyrzucać przyjaciół gospodarza i obrażać wyzwiskami. To podobno coraz powszechniejsza praktyka – nagle pojawiają się nieznane awatary i zaczynają na potęgę bluzgać. A goście oczywiście uciekają.

A co sądzić o tych, którzy atakują w powietrzu i zrzucają ludzi na ziemię? Co prawda nie zdarzyła mi się taka historia, ale w gazetach opisują podobne przypadki.

Rząd (gubernatorem jest rzecz jasna Philip Rosedale, twórca Linden Lab) stara się utrzymać porządek. To łatwiejsze niż w pierwszym życiu. Dopiero co zlikwidowano gangsterskiego bossa Babę Yamamoto. Ot tak, jakby to były czary: w jednej chwili panoszył się w mieście i zarządzał ciemnym interesami, a już w następnej go nie było.

Linden Lab zlikwidował mu konto i hasło i gangster zniknął.

Baba apelował, ale wszystko na nic. Tu nie ma sądów i adwokatów. Trach i już cię nie ma. I twoich pieniędzy też.

Gangster miał ich dużo. Zarabiał na kradzieżach przedmiotów i handlu żywym towarem. Po prostu klonował awatary, które mu się podobały, i odsprzedawał je chętnym na czarnym rynku.

To była największa afera ostatnich miesięcy, która niemal spowodowała krach finansowy (lindeński dolar osiągnął historyczny dół i za prawdziwego dolara trzeba było zapłacić aż 280 dolarów lindeńskich). Śledztwo wyjaśniło, że Baba klonował ludzi i przedmioty za pomocą CopyBota, programu, za pomocą którego możliwe było skradzenie cudzych koszulek, fryzur, domów, nawet prywatnych wysp z zacumowanymi jachtami.

Wyobraźmy sobie, co by się stało z naszym prawdziwym światem, gdyby pojawił się taki Baba i wymyślił, jak sklonować samochód, ciuchy Versacego albo oryginalną “Monę Lisę”.

Zamiast iść do salonu i kupować samochód za 70 tysięcy złotych, idziesz do Baby i on ci sprzedaje dokładnie taki sam samochód (nie kradziony, tylko zduplikowany, czyli identyczny) za 20 tysięcy złotych. I nie ma żadnego sposobu, żeby odkryć podróbkę.

Jednym słowem wszyscy mogli pewnego dnia zostać bogaczami – zamiast mozolnego wzbogacania się, budowania pozycji, firmy i innowacyjności wystarczyłoby kupić piracki program. Nad światem zawisło widmo zagłady, a przerażeni mieszkańcy zaczęli sprzedawać na gwałt walutę.

Na szczęście dziurę w oprogramowaniu udało się załatać, ale widmo zagłady wciąż krąży nad miastem. Ostatni numer gazety donosi o pladze złotych pierścieni unoszących się w powietrzu, które mnożyły się w zastraszającym tempie. Lindeński dolar ponownie spadł, bo wszyscy obawiali się dziury w systemie. Na szczęście pierścienie nie robiły nic złego.

Wirtualna agencja Reuters relacjonowała wydarzenia, odnotowując, że 15 listopada 2006 roku obroty w wirtualnym świecie spadły poniżej pół miliona dolarów dziennie. Tuż przed pojawieniem się złotych pierścieni przekraczały 700 tysięcy.

Śledztwo doprowadziło do faceta zwanego Prim Revolution, który zaczął po prostu CopyBoty sprzedawać po 3 tysiące lindeńskich dolarów (czyli 18 prawdziwych dolarów).

Dużo? Wcale nie, bo za pomocą CopyBota można sklonować wszystko, co jest w grze. Do tej pory ładną koszulkę można było mieć za stówę, a motor za tysiąc. A teraz – teraz wszystko było za darmo.

Na dobry początek Prim Revolution sklonował Adama Reutersa – przedstawiciela prawdziwej agencji Reuters w “Drugim życiu”.

Wirtualny Howard Dean zbiera wyborców

Reuters to pierwsza agencja informacyjna, która zainstalowała się w wirtualnym świecie. W wirtualnym świecie ma tylko jednego dziennikarza, który w prawdziwym życiu nazywa się Adam Pasick. A w “Second Life” – Adam

Reuters.

Ma biuro, telefon, godziny urzędowania i jak to Reuters – obsługuje wszystkie poważne imprezy w mieście.

Reuters to niejedyna firma, która otworzyła swoje przedstawicielstwo w wirtualnym świecie. Jest ich już 40 i przybywa błyskawicznie.

American Apparel zamierza tu testować swoje ubrania, zanim wprowadzi je do produkcji w prawdziwym świecie.

putBan(62);

Sieć hotelowa Aloft zbudowała swój pierwszy hotel w cyberprzestrzeni. Za pięć lat w prawdziwym świecie ma być 500 takich hoteli.

- “Second Life” otwiera gigantyczne możliwości – twierdzi Rob Boneman zarządzający hotelami w prawdziwym świecie. – Zobaczymy, jaki styl najbardziej podoba się gościom.

Telewizja NBC też weszła do wirtualnego świata i wyemitowała świąteczny program. Wirtualne spotkanie wyborcze miał demokratyczny kandydat na prezydenta USA Howard Dean.

Ba, swoje przedstawicielstwa mają miasta, którym zależy na ściągnięciu turystów albo po prostu chcą zbudować miejsca, gdzie mieszkańcy prawdziwego Dublina mogą poczuć się u siebie. Dublin to urocze puby z ciemnym irlandzkim piwem. Jest wirtualny Paryż i Londyn.

Po Warszawie czy Krakowie ani śladu.

Nathan Kerr z Australii wymyślił grę “Tringo”, w którą można zagrać w “Second Life”. Okazała się tak popularna (natychmiast sprzedał kilkadziesiąt zestawów po 15 tysięcy lindeńskich dolarów), że właśnie wyszła w naszym świecie wydana przez Nintendo. Sprzedaje się doskonale.

200 wielkich firm od MasterCard po Intela zamierza w jakiś sposób wejść do gry. A prezes IBM Samuel S. Palmisano osobiście przeszedł do wirtualnego świata i rezyduje tu jako awatar imieniem Sam.

Amerykańskie uniwersytety wysyłają prawdziwych studentów do “Drugiego życia” na ćwiczenia z przedsiębiorczości.

Grupka zapaleńców stworzyła obóz dla uchodźców, w którym zamknięci są wychudzeni ludzie. W ten sposób chce zwrócić uwagę na tragedię w Darfurze.

Sklepy chce tu otworzyć nawet supermarketowy gigant Wal-Mart. Właściwie trudno się dziwić. Społeczność “Second Life” to przecież marzenie każdego analityka reklamy: przeważnie w wieku 20-40 lat, ustawieni w życiu, często samotni.

Złe awatary demolują knajpę

Ledwo ucichła afera z gangsterem Babą, pojawiły się głosy, że nie można karać awatarów, nie dając prawa do obrony. W końcu nawet w “Drugim życiu” powinna rządzić demokracja. Była nawet demonstracja i wyrzucanie herbaty ze statku. To powinno dać do myślenia gubernatorowi “Second Life” – w końcu od takiego gestu zaczęła się wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych.

A zaraz potem wybuchła kolejna afera – tym razem z gry wyrzucono popularnego blogera Johna Peppera. Nie robił nic złego. Ale jego niepełnoletni syn pomagał mu w budowie domu w “Second Life”, tymczasem do gry mogą wchodzić tylko osoby pełnoletnie.

- Jest w tym po prostu lepszy niż ja – wyznał bloger.

Obu Pepperów usunięto z gry w trybie natychmiastowym.

A czy w wirtualnym świecie obowiązują prawa autorskie i majątkowe?

- Obowiązują – stwierdzili prawnicy. Na przykład co zrobić z facetem, który w “Second Life” robi prawdziwe pieniądze, sprzedając wirtualne adidasy wirtualnym klientom?

Prawnicy uznali, że tak samo jak w prawdziwym świecie prawdziwe adidasy może produkować tylko Adidas, to w świecie wirtualnym wirtualne adidasy też może robić tylko Adidas. Rzecz jasna wirtualny.

Nawet gdybym potrafił w wirtualnym świecie robić superbuty, to nie mogę robić podróbek. Kara jest wciąż ta sama – skasowanie.

A może zajmijcie się prawdziwymi przestępcami? – proponuje złośliwie czytelnik gazety “Second Life Herald”. Ci prawdziwi chodzą po ulicach. Właśnie zdemolowali knajpę. Zanim zjawi się wysłannik gubernatora, winni znikają.

putBan(62);

W tym widzę szansę. Coraz więcej miejscowych bogaczy najmuje osobistą ochronę. Ochrona otacza posiadłość i jest jeszcze fajniej niż na ranczu Michaela Jacksona. Praca chyba nie jest specjalnie trudna. Więc idę złożyć podanie.

Mam pecha. Zupełnie zapomniałem, że “Second Life” działa według czasu amerykańskiego. A powinno mi dać do myślenia, że codziennie po zalogowaniu się oglądam wschód słońca nad morzem.

Ochroniarze potrzebni są wieczorem, czyli o 4 rano naszego czasu. Moja chęć zarabiania ma jednak granice. Rezygnuję.

Tutaj jestem kobietą sukcesu

Pieniędzy ubywało, a ja miałem coraz mnie pomysłów, jak je zdobyć. Przez moment zaświtała mi desperacka myśl – a gdyby tak nająć się za przewodnika? Przecież istnieje wirtualna agencja podróży, która zabiera turystów na zwiedzanie miasta i jego atrakcji. Ba, są nawet przewodniki: gdzie jeść, gdzie spać i co zobaczyć.

Nie można ominąć kościoła Elvisa ze świętą trójcą: Młodym Elvisem, Grubym Elvisem i Specjalnym Elvisem z 1968 roku (spotkania modlitewne w każdą niedzielę), ale nigdy nie udało mi się trafić na mszę. Podobno niektóre prawdziwe Kościoły szykują się, żeby otworzyć tu swoje kaplice i ewangelizować wiernych.

Najlepsze potańcówki są w

Moon Indigo (o ile ktoś potrafi tańczyć, bo jeśli tylko podryguje jak ja, to może sobie darować).

Przenocować najlepiej w Westport (200 lindeńskich dolarów za tydzień). Bardzo porządny hotel, tylko ciekawe, co na to nasza księgowość.

Ba, ale żeby zostać przewodnikiem, trzeba “Second Life” znać od podszewki i stale śledzić nowości. To miasto jest już większe niż Warszawa. Musiałbym tu siedzieć miesiącami, żeby poznać wszystkie interesujące miejsca – a przecież co chwila powstają nowe. W dodatku rynek psują darmowi przewodnicy, którzy oprowadzają społecznie.

Może przynajmniej załapałbym się do reality show. Też mi się nie udało. Właśnie się skończył. 15 zawodników przez miesiąc mieszkało w domu Wielkiego Brata, a każdy, kto chciał, mógł ich oglądać przez przezroczyste ściany. W wirtualnym świecie reguły były trochę mniej wyśrubowane niż w prawdziwym. Wystarczyło spędzić w zamknięciu osiem godzin dziennie. Ale przez cały miesiąc. Poza tym uczestnicy budowali kopie słynnych budowli. Więc i tak nie miałbym szans.

W ostateczności zawsze mogę zostać wolontariuszem. Portugalska fundacja ARCI eksperymentuje tu z terapią dla molestowanych dzieci. Dzieci w prawdziwym świecie są zamknięte w sobie. W wirtualnym dostają nowe postacie i nowe życie. Uczą się od nowa nawiązywać związki i współpracować. A przede wszystkim – rozmawiać.

- “Second Life” to fascynujące miejsce, nie ma nic wspólnego z grą. Uczy przede wszystkim, jak komunikować się z ludźmi – sądzi Kevin Werbach, profesor prawa w Wharton School.

Skoro można tu wszystko zacząć od nowa, dlaczego by nie. Wyspa Brigadoon to miejsce, gdzie zbierają się autystycy.

Ale w “Second Life” przede wszystkim zbierają się znajomi z pracy i rodziny.

- Moi rodzice mieszkają tysiące kilometrów ode mnie – wyjaśniła Transylwania Rust. – Widzimy się raz w roku w realnym świecie. W “Second Life” spotykamy się kilka razy w tygodniu. Tutaj mają dom tuż obok mojego. Udajemy, że jesteśmy przyjaciółmi, bo ich nowi znajomi z “Second Life” pewnie by się zdziwili, ile naprawdę mają lat.

- W wirtualnym świecie jestem kobietą sukcesu. Jeżdżę sportowym kabrioletem, ludzie rozpoznają mnie na ulicy, zarabiam pieniądze – wyznaje Santa Pit. – Kiedy się wyloguję, jestem z powrotem w swoim mieszkaniu z trójką dzieci, sprzątaniem na głowie i rozlatującym się gratem w garażu. Sąsiedzi mnie nie zauważają, a znajomi mają za kurę domową. Jasne, że wolę “Drugie życie”.

Santa Pit zarabia w “Second Life” 1,5 tysiąca dolarów miesięcznie. Co miesiąc więcej.

5 tysięcy graczy może właściwie już żyć z “Second Life”. Zarabiają powyżej 20 tysięcy dolarów (prawdziwych) rocznie.

- Gdyby tak zostać tu na stałe – rozmarzyłem się.

putBan(62);

Zalogowałem się do pierwszego świata. Tam znowu wszyscy czegoś ode mnie chcieli, a szef dzwonił z “Gazety” i domagał się tekstu. Wylogowałem się z powrotem nad brzeg morza. Tu miałem spokój.

A gdyby zacząć nowe życie?

Zostały mi już tylko dwa pomysły. Znalazłem ogłoszenie, że można dorobić jako publiczność. Siedzi się na pokazie i to wszystko. Zarobki nie są oszałamiające – 3 lindeńskie dolary za 10 minut, ale to lepsze niż nic. Niestety, nie można odejść od komputera, bo mój Kronos – jeśli nie będę dotykał klawiszy – zwiśnie z krzesła i mnie wywalą z roboty.

Właściwie został mi już tylko ostatni pomysł. Bogato się ożenić. Spotkałem nawet kandydatkę. Matra Jennings była wysoką szczupłą brunetką, typ meksykański. Urocza i dowcipna, a na dodatek oglądaliśmy te same francuskie filmy.

- A gdyby tak zacząć nowe życie – zacząłem marzyć. – Przecież w “Second Life” zdarzały się już śluby. Ba, jest cały przemysł ślubny. Za niewielką opłatę można zorganizować ślub w kaplicy, potem wynająć samochód (albo czołg, albo rakietę Apollo 13 – w końcu jesteśmy w wirtualnym świecie), która zawiezie nas na przyjęcie.

Specjalna firma zajmie się menu, dekoracją (tu nawet są kwiaciarnie) i zaprosi gości. Trzeba jeszcze napisać albo kupić programy, które pozwolą nam trzymać się za ręce i całować. Podobno są też takie, które symulują uprawianie seksu – ale nie widziałem ich w żadnym sklepie. Może sprzedawał je gangster Baba?

Za ekstra dopłatę firma weselna urządzi pokaz sztucznych ogni i rzecz jasna zapewni ochronę przed niepożądanymi typami.

Wszystko to kosztuje masę forsy, ale Jennings była bogata. Miała własny sklep z gadżetami. No cóż, byłbym trochę żigolakiem, ale pewnie bylibyśmy szczęśliwi. No i nie czepiałaby się mnie nasza księgowość. Może z czasem kupilibyśmy sobie wyspę…

Tak, to był dobry pomysł aż do chwili, kiedy poszliśmy na spacer. Gadaliśmy o życiu i muzyce.

- Naprawdę jestem z Ohio, a ty? – zapytała Matra.

- Warsaw – pochwaliłem się.

- W prawdziwym życiu jestem Greg i chodzę do college’u – przedstawiła się moja towarzyszka życia. 1

*Korzystałem m.in. z artykułów w “BusinessWeek”, “Wired”, “New York Times”, “The Economist”, “The Houston Herald”, “Financial Times”, “Boston Globe”, “Guardian”

Cały artykul w orginale znajdziecie tu:  http://wyborcza.pl/1,76842,3809977.html?as=1&ias=9&startsz=x

Written by Bodeha

kwiecień 11, 2009 at 11:53 am

Napisane w second Life Polska

Weblin Gate otwiera awatarom Second Life® drogę do World Wide Web

without comments

Awatary wymykają się w przestrzeń internetową! Weblin otwiera awatarom Second Life® drogę do Internetu. Dzieki „Weblin Gate“ można od tej pory serfować w internecie wraz z własnym awatarem Second Life®.

Nowe awatary nie tylko wyglądają i ubierają się tak, jak te w świecie Second Life®, lecz są także w pełni animowane i moga się poruszać, machać, tańczyć i śmiać.

Serfowanie w sieci z własnym awatarem Second Life® jest bardzo proste: Użytkownicy wchodzą po prostu do Domu Weblina (weblin-House z zielonym dachem) w Nowym Berlinie (New Berlin) w pobliżu wieży na Alexanderplatz. Dokładny adres brzmi: New Berlin 221, 73, 32 (PG). Dom weblina można też znaleźć pod bezpośrednim linkiem: http://slurl.com/secondlife/New%20Berlin/200/93/31
W domu znajdują się dwa pomieszczenia: foyer i studio fotograficzne. Przy kasie należy uiścić najpierw opłatę w wysokości 1 linden dolara (kwota ta zostanie jednak zwrócona na konto). Następnie trzeba wejść do studia, gdzie czeka Paule – fotograf, i stanąć na scenie przed obiektywem kamery.

Wykonanie wszystkich animacji trwa zaledwie kilka minut. Na pasku z lewej strony figury widoczny jest pozostały czas trwania sesji. Po zakończeniu pobierania danych użytkownik otrzymuje specjalny link do strony głównej Weblin. Ci, którzy posiadają już konto w społeczności weblin, mogą od razu serfować w sieci pod unikalną postacią z Second Life®. Inni – nie zarejestrowani jeszcze w Weblin – pobierają dodatkowo darmowy program weblin, aby móc nareszcie przemierzać wszystkie strony World Wide Web pod postacią awatara Second Life®.
Christine Stumpf, jedna ze współzałożycieli Weblina, wyjaśnia główne zasady projektu: “Weblin to pierwszy ‘warstwowy’ świat wirtualny. Innymi słowy, świat o jeden meta-poziom wyżej od największego, istniejącego do tej pory wirtualnego świata, czyli internetu. Dzięki weblin Gate po raz pierwszy łączymy wirtualne światy, łaczymy Second Life® z siecią internetu”.
weblin Gate oraz studio fotograficzne Second Life zostały zaprojektowane we współpracy z berlińską agencją PrimForge (http://primforge.com).
Weblin to technologia firmy Zweitgeist GmbH, umożliwiająca innowacyjne formy komunikacji. Każdy użytkownik widoczny jest na aktualnie oglądanej stronie jako jego wirtualne Alter Ego, czyli awatar weblin. Może on również widzieć innych, którzy w tym samym czasie przebywają na tej samej stronie. Weblin to do tej pory najprostsza forma przeżywania internetu jako wirtualnego świata. Jedno kliknięcie wystarczy, aby rozpocząć rozmowę z innym awatarem. Weblin funkcjonuje na wszystkich stronach internetu, także na Myspace, MSN, Google, Ebay, Nasza-Klasa, Allegro, Gry.pl – i łączy w ten sposób ludzi o tych samych upodobaniach, zainteresowaniach i potrzebach.

Firma Zweitgeist GmbH z Hamburga została założona w czerwcu 2006 roku. Oferuje ona oprogramowanie weblin do bezpłatnego pobrania. Program ten został już wielokrotnie uhonorowany międzynarodowymi nagrodami. W 2008 roku inicjatywa ta otrzymała nagrodę Red Herring 100 Europe Award oraz AlwaysOn 250 Global i jest wspierana przez Microsoft w oparciu o program High-Tech Gründerinitiative „unternimm was“. W 2007 roku Business 2.0. uznał weblin za jedną z 31 najlepiej rokujących nie-amerykańskich stron Web 2.0. Weblin sprawia, że internauci są dla siebie widoczni i umożliwia komunikację na wszystkich stronach internetowych. Program ten zbliża ludzi o podobnych zaineresowaniach i potrzebach. Firma Zweitgeist współpracuje także z portalami społecznościowymi, przez co zwiększa zasięg marketingowy tych portali. Do pierwszych partnerów kooperacyjnych należą Windows Life Messenger Deutschland, IBM oraz włoska marka samochodów Lancia.
<!– var nsix_params = new Object(); nsix_params.fcolor = ‘#3c5′;// nsix_params.adareas = ['intertext1', 'intertext2'];// document.write(”); //–>
źródło:

Zweitgeist GmbH
więcej artykułów, informacji

Marchsreiter Communications GmbH
więcej artykułów, informacji
http://www.marchsreiter.com

Written by Bodeha

kwiecień 9, 2009 at 6:32 am

Jak wygląda seks w Second Life? archiwum x

without comments

Świat Second Life stwarza wiele nowych możliwości. Pozwala na zmianę płci, wybranie nowego zawodu, a nawet na spełnienie najdzikszych fantazji seksualnych.

 

Jak wygląda seks w Second Life? Zaczyna się podobnie jak w normalnym życiu: od rozmowy, która prowadzi do pierwszych randek, flirtów, a czasem kończy się na stworzeniu haremu złożonego z seksualnych niewolników.

Zanim do tego dojdzie użytkownicy mogą wyposażyć swoją wirtualną postać w seksowne ubrania bądź całkowicie ją rozebrać. Gdy wybiorą tę drugą opcję, konieczny jest zakup…narządów płciowych, gdyż pierwotnie awatary ich nie posiadają. Wirtualne sklepy oferują także wygodne łóżka oraz niezbędne gadżety pobudzające wyobraźnię i nie tylko.

Seks i nagość w miejscach publicznych jest zakazana, ale zupełnie swobodnie można poczuć się we własnym mieszkaniu, klubie czy pokoju przeznaczonym na orgie. Komu nie poszczęści się i nie znajdzie partnera do zabawy, może korzystać z sekstelefonu czy pań wirtualnie wykonujących najstarszy zawód świata.

Dlaczego seks w SL jest tak kuszący? – Bo można spełnić swoje najdziksze fantazje i nie bać się konsekwencji – odpowiada Tiffany Widdershins, właścicielka domu publicznego, jednego z wielu, jakie można znaleźć w SL.

zrodlo: http://wiadomosci.mediarun.pl/news/23064,Jak_wyglada_seks_w_Second_Life?,group2

koment: troche archiwum ale nie zaszkodzi:)

Written by Bodeha

kwiecień 9, 2009 at 5:48 am

Katowice w Second Life?

without comments

Katowicki spodek i Rondo Sztuki będzie można wirtualnie zwiedzić w internecie. Te dwa obiekty jeszcze w tym miesiącu trafią do internetowej gry “Second Life”.

 

Katowicki spodek i Rondo Sztuki będzie można wirtualnie zwiedzić w internecie. Te dwa obiekty jeszcze w tym miesiącu trafią do internetowej gry “Second Life”.

“Jeśli Second Katowice zainteresuje internautów, to w sieci umieścimy kolejne obiekty” – mówi Dziennikowi Waldemar Bojarun, rzecznik prasowy katowickiego magistratu. W planach jest np. pokazanie całego śródmieścia Katowic. Ale najpierw jeszcze w kwietniu każdy zarejestrowany w “Second Life” zajrzy do Spodka i Ronda Sztuki.

Dlaczego Katowice postanowiły zaistnieć w “Second Life”? “Bo to dobra promocja” – mówi Waldemar Bojarun. “Trochę też pozazdrościliśmy innym miastom, które wcześniej to zrobiły” – dodaje.

Katowice to czwarte polskie miasto, które znajdzie się w “Second Life”. Wirtualnie można odwiedzać już Kraków, Wrocław i Poznań. Niebawem jako wirtualne miasto pojawią się też Warszawa, Zakopane oraz Gdańsk.

zrodlo: http://wiadomosci.mediarun.pl/news/3584,Katowice_przenosza_sie_do_sieci,tagi_Second_Life,group4

koment:  pożyjemy zobaczymy:)

Written by Bodeha

kwiecień 9, 2009 at 5:45 am