Monitor komputera jest dla jak nich lustro Alicji z Krainy Czarów. Prowadzi do innego świata. Drugiego życia. Magda w sieci znalazła pocieszenie po śmierci męża. Sylwia odkryła istotę seksu. Jola prowadzi blog i ma milion fanów. Karolina na portalach społecznościowych “uszczęśliwia” swoimi pomysłami tysiące ludzi. Polki pokochały cyberświat. Szukają w nim tego, czego brak im w realnym. Czy znajdują?

Monika Bielska, 37 lat.
Drugie życie: Gra Second Life, trójwymiarowy elektroniczny świat naśladujący rzeczywistość. Z własną gospodarką, walutą i społeczeństwem. Żyją tu awatary. W Second Life nie chodzi o wyniki, tylko o emocje. Wirtualny Paryż. Dwoje trzydziestolatków krąży nad wieżą Eiffla. Lot z Republiki Polska zajął im 30 sekund. W Second Life każdy awatar potrafi latać. Wioska pod Gdynią. Palce biegają po klawiaturze. Monika, w sieci Pauline, zawiesza wirtualny spacer. Nalewa krupnik.
– “Hubert, obiad! – woła syna. – Wszystkiego najlepszego” – siedmiolatek wręcza jej laurkę. Dziś prawdziwa Monika kończy 37 lat. – “Robisz imprezę? – pyta koleżanka. – Źle się czuję” – kłamie Monika. Woli świętować w Second Life. Razem z awatarami pije szampana. Tym razem w Tokio. Bilans dnia: szesnaście godzin w województwie pomorskim. Osiem w wirtualnym Paryżu i Japonii. Wstaje od komputera o drugiej nad ranem z myślą: fajne to moje drugie życie. Jest pewna: nie potrzebowałaby go, gdyby żył mąż.
NIBY-ŻYCIE
Trzy lata temu. Monika przykłada kostki lodu do opuchniętych oczu. Znowu płakała. – “Wyjdź do ludzi”, dzwoni mama. – “Wpadnij wieczorem, pogadamy – namawiają koleżanki. – Nie mam siły” – odpowiada rozdrażniona. Czasem ignoruje dzwonek telefonu. – Odcięłam znajomych, przed rodzicami udawałam pogodzoną z życiem. Po co mi współczujące spojrzenia? Za to Pauline jest duszą towarzystwa. Singielka. Bez dziecka i trudnej przeszłości – Monika wspomina, jak wymyślała swoją awatarkę. – Pauline, zwana Poli, zacznie swoje życie od zera. Nikt nie będzie mówił jej ciepłych słów, bo jest wdową. Zasłuży na nie. Malinowy top czy jedwabne bolerko? – Pauline lubi się stroić, Monika przebiera ją, klikając na ciuchy w okienku na ekranie. Sama dawno nic nie kupiła. Po co? Dla kogo? Rano odwozi syna do szkoły, potem spędza osiem godzin w Urzędzie Miasta. Skończyła teatrologię, chciała być krytykiem, scenarzystką.
– Zostałam urzędniczką – mówi gorzko. – Tylko w SL mogę być, kim zechcę. Teraz Pauline jest projektantką mody. W specjalnym programie graficznym tworzy stroje. Inne awatarki kupują je w wirtualnym sklepie. Ceny w lindenach, oficjalnej walucie SL. Top – 200 lindenów. Suknia ślubna 1500. W SL da się zbić realną fortunę. Na specjalnej stronie niby-pieniądze można wymieniać na dolary – kurs: 1000 lindenów to ok. 3 dolary. Pewna Amerykanka, sprzedając “grunty” (faktycznie miejsce na serwerze) – na którym awatary budują miasta w SL, zarobiła 100 tysięcy dolarów. Monika swoje lindeny wydała ostatnio na działkę przy wirtualnym lesie. Postawiła tam dom, o jakim marzy. “Na bogato”. W realu mieszka skromniej. W PRL-owskim bliźniaku meble z pchlego targu, Ikei. I najważniejszy przedmiot: komputer. – To mój lek na całe zło – ironizuje. – Klikam w ikonę “zaloguj” i bawię się w niby-życie. Tak jak w dzieciństwie. Leżałam pod kołdrą i wyobrażałam sobie, jak księżniczka wiruje w walcu z księciem. Byłam zahukaną dziewczynką, która uciekała w fantazje. Rodzice wysłali mnie do szkoły rok wcześniej. Więc byłam cicha i przezroczysta. “Spadaj szczawiu”, słyszałam w klasie od starszych koleżanek. Rozkwitałam w marzeniach. Monika traktuje SL jak zabawę z dzieciństwa w wersji dla dorosłych. Może zmyślać, ile zechce.
NIBY-MĘŻATKA
Zima 2006. Monika drze gazety, żeby rozpalić w kominku. Na jednej ze stron tytuł: “Kliknij i podaruj sobie lepsze życie”. Czyta: “W Second Life możesz wszystko. Poznajesz ludzi z całego świata. Zaprzyjaźniasz się, zakochujesz. Chcesz willę z basenem – klik i jest twoja”. Wchodzę w to! – Monika wieczorem otwiera stronę www.secondlife.com. Od razu ląduje na tzw. wyspie Orientation – tak rejestrują się nowicjusze. Jej awatarka jest łysa i naga. Monika tworzy alter ego. Nazywa się Pauline. Suwakami na ekranie zmienia “ciało”. Brązowe włosy związane w kucyk, pieprzyk na policzku – tu Poli przypomina Monikę. Tylko jest szczuplejsza, młodsza – tak jak wszyscy w niby-życiu. W realu Monika chodzi przygarbiona, chowa się pod obszernymi ubraniami. Ucieka, gdy pewnego razu słyszy: “Taka stuprocentowa kobieta potrzebuje trzystuprocentowego faceta, jak ja”, kolega w pracy kładzie ręce na jej biodrach. – Spanikowałam – opowiada.
– Jestem gruba. Seks? Czułabym się śmieszna – oburza się. Ale libido daje znać. Kiedy tuli się do koca, pod którym leżeli kiedyś z mężem, ciało tęskni. Wtedy wysyła Poli do Orgyroomu. Tu awatary spotykają się na seks. – “Pomiziamy się?”, Poli zaczepia przez komunikator Chrisa, to jej kochanek. Monika: – Kiedy mam ochotę na miłość, klikam w okienko z pozycjami. Obrazki się poruszają, można dodać dźwięk jak na erotycznym czacie. Czasem cyberkochankowie spotykają się naprawdę i lądują w prawdziwych sypialniach. Pobierają się, mają dzieci. Ja nie przenoszę znajomości do realu. Boję się zdjąć maskę Pauline.
NIBY-ŁZY
Przy łóżku Moniki poradniki: Jak przeżyć stratę bliskiego, Sztuka radości. – Zestaw kupiony po śmierci męża – pokazuje. – Po pięciu stronach kończyłam czytać, znudzona frazesami: “Jesteś miłością, przeszłość nie istnieje…”. Ale mam grupę wsparcia – twierdzi. – W SL ludzie otwierają się bardziej niż w realu. “Żona zdradza. Umarło mi dziecko, szef poniża…”, opowiadają o problemach schowani za awatarami. Monika też ustami Poli wyznała: “Czasem tęsknię za mężem. Dotykam jego swetrów, wącham skórzaną kurtkę. Kiedy przestanę myśleć?” – Nawet jeśli wysłucha cię awatar, przytuli na ekranie, czujesz ulgę jako człowiek – opowiada. “Jestem złą matką”, myśli Monika rok temu, kiedy syn rano opowiada: “W zamku straszy. Ale mój awatar to superman”. – Hubert wciągnął się w Panfu, podobną do SL grę, tyle że dla przedszkolaków. Awatary mają postać misiów panda. Nawet nie zauważyłam, jak popołudniami przyklejeni do komputerów przeżywamy drugie życie. Zima 2009.

– “Mamo, chcę kakao. – Za chwilę” – Monika zbywa syna, bo właśnie odkrywa nową wyspę w SL. Nagle wrzask. Hubert wylał na siebie wrzątek, bo jego matka była w tym czasie daleko. – Przesadziłam – wstydzi się. Po wypadku odnajduje artykuł o SL. Czyta: “Uważaj. Second Life ukradnie ci real. Drugie, «lepsze» życie zastąpi pierwsze. Ile czasu spędzasz na grze?”, pada pytanie. “Sześć, osiem… Boże, to chore”, myśli.
– Ostatnio bilans wypada na korzyść realu – cieszy się Monika. Zapisaliśmy się z Hubertem na basen, umówiliśmy się: zamiast gry film na DVD albo rower. Przestaję uciekać od rzeczywistości. Odnawiam przyjaźnie, chcę widzieć prawdziwy uśmiech, zjeść autentyczny placek z owocami, zamiast klikać w ikonkę jedzenia. Może się złamię? Mam ochotę poznać jednego awatara. Na żywo.
Sylwia, 36 lat. Nie chce podawać nazwiska. Drugie życie: seksczaty. Dzięki kamerze, mikrofonowi i wibratorowi odkryła, że jest genialną cyberkochanką. W prawdziwym łóżku był dramat.
Północ. Łomot do drzwi. Sylwia odruchowo zatrzaskuje laptopa. Zawiązuje szlafrok, poprawia włosy. Na korytarzu sąsiad. – “Ludzie chcą spać! Dość harców z mężem! – Ale ja mieszkam sama. – To co, ogląda pani filmy porno na cały regulator?”. Cienkie ściany w bloku na poznańskim osiedlu zdradzają tajemnice. Sylwia za głośno krzyczała. Maciej111 potrafi dać jej rozkosz, choć właśnie jest w Łodzi. Kiedy zjawił się sąsiad, “pracowali” nad jej orgazmem. Orgazmem przez duże O – tylko takie miewam, odkąd robię “to” w sieci. Sylwia, okrągła blondynka, uczy muzyki, po pracy wyżywa się w kuchni. To jej hobby numer jeden. Jest też numer dwa: seks. Cyberseks. W realu ma za sobą dwa małżeństwa, trzy nieformalne związki. W sumie przez 20 lat pięciu mężczyzn. Przez ostatnie 24 miesiące “spała” z 19 facetami w wirtualu.
– Byłam seksualną ignorantką – opowiada o przeszłości. Za Artura wychodzi na pierwszym roku studiów. W łóżku bez rewelacji. Stały schemat: pozycja klasyczna, całus w szyję i “do rzeczy”. On ma zawsze orgazm, ona nigdy. Dwa lata po ślubie odkrywa pikantne SMS-y w komórce męża. Artur przyznaje: “Dla ciebie seks to pańszczyzna. Mam kochankę”. Po rozwodzie Sylwia związuje się ze starszym mężczyzną. “Nie ma bardziej podniecającej kobiety”, słyszy. Celebruje z Janem codzienność: kolacje, romantyczne weekendy. On świata poza nią nie widzi. Ona usiłuje bagatelizować pewien niedostatek. – Jan był miernie obdarzony przez naturę – opowiada.
– Chciałam, żeby nam wyszło, ale nie podniecał mnie. Nudziłam się. Cztery lata temu Sylwia ogląda Ostatnie tango w Paryżu. Marlon Brando kocha się z Marią Schneider, a ona czuje większe podniecenie niż we własnej sypialni. – Mam trzydzieści lat, omija mnie coś istotnego – myśli. Wytrzymuje z Janem jeszcze rok.
TEN PIERWSZY RAZ
Z pokoju Sylwii dochodzi świergot ptaków. To elektroniczny sygnał – ktoś chce się z nią spotkać na czacie. Po pracy wraca do domu, rzuca torebkę, buty i wskakuje na łóżko. Kto dziś? Klika w skrót do ulubionego seksczatu. Loguje się i wchodzi do pokoju schadzek. Na erotycznej stronie Czaterki są: Diabloboy i Doktorżiwago. Tym razem Sylwia ma ochotę na szybką akcję, klika w kandydata numer jeden. Zakłada słuchawki z mikrofonem, pyta: “Na co masz dziś ochotę?”. Sięga do szuflady po wibrator. Czasem nie chce flirtować na głos. Grę wstępną zaczyna, pisząc w okienkach czatu erotyczne wiadomości.
– Trzeba mieć szybkie palce, żeby nadążyć za tym, czego pragnie ciało – mówi. Schemat zawsze jest podobny. Jeśli to nie wideoczat i nie zna kochanka, prosi: “Przyślij zdjęcie”. – Gdy facet jest OK, na stronie z seksczatem wybieramy tzw. pokój, czyli miejsce, gdzie umawiamy się na seks – tłumaczy Sylwia. – Dobre słuchawki, sporadycznie kamerka, koronkowa bielizna to mój niezbędnik – mówi. Najbardziej lubi klasyczny seks na audioczacie: miłość przez telefon. – Siedzę z laptopem, zamykam oczy i wyobrażam sobie: kocham się na plaży, w hamaku, w sypialni…
DŁUUUGA GRA
Pamięta “pierwszy raz”. Po rozstaniu z Janem i dwóch nieudanych próbach związku w realu, nie poddaje się. Zakłada profil na serwisie randkowym. Szuka miłości, w anonsie dodaje też “przyjaźni i przygody”. – Nie wiedziałam, że słowo “przygoda” to synonim seksu. Oburza się, kiedy dostaje mailem pytanie: “Wanna fuck?”. “Co za cham”, myśli i kasuje wiadomość od Snowmana. Facet nie odpuszcza. “Nie uciekaj, szukam przygody. Ty też – pisze. – Lubisz dłuuugą grę wstępną? Zerwałbym z ciebie ubranie…”. Odpowiada żartem: “Zębami?”. Natychmiast prywatny numer na Gadu-Gadu. Tam konwersacja robi się intymna. W wyskakujących okienkach czułe słowa: “Nie spieszmy się. Chcę poczuć twój zapach, zobaczyć, jak mrużysz oczy…”. – Dzięki komplementom poczułam się dobrze jako kobieta – wspomina Sylwia. – Potem zareagowało ciało. Uruchomił się apetyt na seks. Chciałam dotykać, całować, wzdychać. Miałam orgazm. “Po” umówiliśmy się na drugi raz. Apetyt rósł.
MOJA MILKY WAY
Teraz zamykam oczy i mogę… wszystko – Sylwia rozmarza się nad klawiaturą. Kombinuje, wymyśla. Wczoraj była długowłosą Agłają z powieści Jerzego Sosnowskiego. Kobietą-cyborgiem, spełniającą fantazje seksualne, pachnącą wanilią. Dziś prowokuje nickiem: Kazia Szczuka. Mężczyźni trochę się boją, ale pytają: “Jaki masz biust Kazimiero – C czy D?”. – Czasem jestem wyuzdana, przy powitaniu na czacie pytam: “Byłeś niegrzeczny? Spotka cię kara…”. Po takim tekście nie nadążam z odpowiedziami – faceci są tak napaleni. Innym razem chowam się za postacią Polyanny de Tourvel z Niebezpiecznych związków. Jeśli mężczyzna wie, o kogo chodzi, nie zaproponuje brutalnego seksu. Czasem Sylwia zaczyna gierkę już w pracy. Odbiera wiadomości: “Biegnę do ciebie, nie wypuszczę cię z ramion…”. Potem krótki telefon w drodze do domu: w którym “pokoju” się umawiamy? – Każde z nas jedzie do siebie, by “gotowi na wszystko”, usiąść przy komputerze. – tłumaczy. – Uwielbiam budowanie napięcia. W realu to mi się nie zdarzało. I na razie nie zdarzy. Żaden facet nie będzie mi się pętał po domu – twierdzi.
– Wolę moje fantazje w sieci. Sylwia zaczyna flirt: “Witamy państwa na pokładzie boeinga 737… Nasz rejs potrwa… Polecimy na wysokości…”. Zawsze chciałam się kochać w samolocie. W ciasnej toalecie. Zrobiłam to już kilka razy, nie wychodząc z domu – opowiada. – Na łączach nie ma wstydu. Umiem powiedzieć: członek, wagina, orgazm. Ale wolę przenośnie: był “orzeł”, a nawet absurdalne: jego Snickers, moja Milky way… W prawdziwej sypialni takie słowa nie przechodziły mi przez gardło. Tu nie jestem “zboczona”, co zarzucił mi kiedyś drugi mąż. Chciałam miłości francuskiej. Był zniesmaczony. Teraz seks oralny to elementarna pieszczota. “Jesteś kochanką totalną”, komplementują Sylwię cyberpartnerzy. Wypiękniała, jest bardziej pewna siebie. Na ulicy oglądają się za nią mężczyźni. Ale ci jej nie interesują. – Widzę całującą się parę i odwracam obojętnie wzrok – mówi. – Podniecenie? Emocje? To zdarza mi się już tylko przed komputerem.
NIE IDŻ NA CAŁOŚĆ
Nie zajdę w ciążę. Nie uwiodę cudzego męża – Sylwia przekonuje do cyberseksu. – Ograniczam przyrost naturalny w zaludnionym świecie, nie zarażę się HIV… Za to mam swoje ars amandi. Do zatracenia. – “Naprawdę robiłaś to z dwoma jednocześnie? Idziesz na całość? – zapytały ostatnio przyjaciółki. – Nie idę – przyznaje. – Wpadłam dwa razy na minę. Jeden pomyleniec żądał: Włóż worek foliowy na głowę. Brak tlenu sprawi, że będziesz miała lepszy orgazm. Uciekłam. Drugi zamiast mówić szczekał”. Wylogowała się przy pierwszym warknięciu. Sylwia nie ryzykuje. Z kamery korzysta ostrożnie – tylko z partnerami, którym ufa. – Wtedy się nie obawiam, że nagrają mnie i będą szantażować. Naczytałam się takich historii w necie. SMS do Maćka111: “Co to było?! Stosunek przerywany?”.
Kilka tygodni temu “pada” sieć. Sylwia w rozpiętej bluzce sprawdza wtyczki, modem. “Error 505″, wyświetla się komunikat. Awaria internetu trwa tydzień. Sylwia ogląda serial, ale myśli: “Ciekawe, kto jest teraz w seksroomie, miałabym ochotę na…”. Pierwszy raz pojawia się lęk: uzależniłam się? Tym bardziej że od koleżanek słyszy: Izolujesz się, nie poznajesz nowych ludzi. To żaden seks. Tylko masturbacja. Żeby się uspokoić, Sylwia robi test, który znalazła w gazecie. Ulga, nie jest cyberseksoholiczką. Tak, kiedy wchodzi na czat, czuje kopa podobnego do narkotykowego haju. Tak, w chwili stresu natychmiast rusza na “polowanie”. Ale nie traktuje seksu jako substytutu miłości. Nie oszukuje bliskich. I nigdy nie ma poczucia winy.
– Daleko mi do uzależnienia – uspokaja się. Fajnie byłoby tak: obudzić się przy ukochanym. Zobaczyć w łazience stojące obok siebie dwie szczoteczki do zębów. – Jest mniej fajnie – mówi. – Budzę się przytulona do pluszowego hipopotama, w domu brak męskich przedmiotów. Prawdziwy związek jednak mnie przeraża. Od miłości wolę więc seksczat. Albo randkę z hologramem – w Japonii powstają trójwymiarowe telewizory projektory. Może jak w filmach SF będę mogła zaprosić mężczyznę do salonu? Zjemy kolację przy stole, pokochamy się na sofie. Wyłączę hologram, gdy będę miała dość. Tak jak teraz, kiedy jednym kliknięciem kończę z kochankami. Tak, wiem, cyberseks przenosi się czasem do realu. Ja nie jestem gotowa wrócić do prawdziwej sypialni.

Jolanta Plona, 28 lat. Drugie życie: blog. Od kilku lat jako Jolinda prowadzi internetowy dziennik Blogus Pospolitus. Przefiltrowany przez siebie opis rzeczywistości. Jej cyberfelietony są od lat w setce najpopularniejszych blogów w Polsce. Fatalna środa w realu wygląda tak. Rano: kłótnia z mężem. Potem z prysznica leci lodowata woda, kubek z kawą spada na ziemię. Jola, wykonując akrobacje, usiłuje ochronić jasne spodnie. Koledzy dziwnie się uśmiechają, kiedy spóźniona wpada na zebranie. O, Boże!, odkrywa rozpruty szew na środku pupy. Z wściekłości zjada trzy batoniki, wyżywa się przez telefon na mężu: “Kiedy wreszcie wykupisz leki dla psa. Jak zdechnie?!”. Odpala komputer, zamiast odpowiedzieć na 80 służbowych maili, wpisuje tytuł na blogu: “Przeterminowane spodnie”. “(…) Znalazłam portki, których szukałam miesiącami. Spontanicznie włożyłam je na dupkensa i pognałam do pracy. Na miejscu wykryłam, że są dziurawe na środku tyłka. Wiecie, jak to jest iść potajemnie ze zszywaczem do łazienki i naprawiać sobie ubranie?”. Koniec wpisu. Koniec złego humoru.
Wieczorem licznik odwiedzin Blogusa przeskakuje co kilka sekund. Już 1500 osób przeczytało wątek o spodniach. – “Wracaj do łóżka – prosi mąż. – Jeszcze tylko akapit”. Kiedy wchodzi do sypialni, Maciek już śpi. – To silniejsze ode mnie mnie – przyznaje Jola. Gdy jest Jolindą, przestaje istnieć dla świata. Dzwoni komórka: “Mamo, nie mogę teraz, piszę!”, rozłącza się. – “Znowu cały weekend z laptopem? Zamiast ze mną?”, Maciek dopomina się o uwagę. Jola: “Poczekaj, muszę przeczytać komentarze. Rozpętała się awantura, chcą mnie zlinczować, bo napisałam, że mam nowe auto. – Zwariowałaś? Ludzie gniotą się w autobusach, a ty obnosisz się z luksusem. – Ale ja nie mogłam się powstrzymać… – Zobaczysz, przez blog stracisz męża – mówi Maciek. – Tak jak kiedyś prawie straciłaś pracę…”. Jola chciałaby zapomnieć, jak w 2004 roku szef w firmie informatycznej wezwał ją do gabinetu: “To pani twierdzi, że mam chore ego i jestem kastratem? Stawiam pod znakiem zapytania dalszą współpracę”. – Musiałam się gęsto tłumaczyć – opowiada Jola.
ZA DUŻO JOLINDY W JOLINDZIE
– Pilnuję się, nie piszę o pracy ani o seksie – mówi Jola. – Autocenzura tak, ale bez przesady. Przeklinać nie przestanę. Czytelnicy chwalą ją za styl: “Uwielbiam twoje neologizmy”. Lasie to kobiety. Niby-buty – klapki japonki. Dupatam zastępuje “guzik prawda”. W archiwach tematy: “Kredyt pokochiwalny” – o rozterkach ignorantki w banku. “O wpadkach, które jednoczą” i gafie kolegi, któremu przy wyjmowaniu drobnych na tacę w kościele wypadła prezerwatywa. Albo “Odezwa” – manifest do kobiet, które “jęczą o dyskryminacji”. Są też rozdziały osobiste. “Małżon”, “Mamina” – czyli o najbliższych Jolindy. Mąż Maciek nie czyta blogu, bo jak twierdzi: “Miałby za dużo Jolindy w Jolindzie”. To jej wariactwa, głupiowywody i narzekania, ma ich nadmiar w realu. Często obrywa w blogu: “Żandarm, upierdliwiec i zgred”, Jola opisuje Małżona. Ale zaraz dodaje: “Nikt inny tak długo ze mną nie wytrzymał. To musi być miłość”.
Mamina, mama jest polukrowana. Jak nie kochać kobiety, która w kapeluszu ą la Audrey Hepburn i z książką Kapuścińskiego w ręce podlewa trawnik? – To najważniejszy człowiek w moim prawdziwym życiu – mówi Jola. – Prowadzimy absurdalne rozmowy przez telefon: “No cześć mami, co się nie odzywasz? – Jak się nie odzywam… ciągle coś mówię, a że akurat nie do ciebie, to wybacz, dla wszystkich nie starcza”. Cytuję nas potem w blogu. – “Myślisz, że Mamina mogłaby mnie zaadoptować”, pytają koledzy z pracy. To moi najwierniejsi fani – chwali się Jola. Czasem słyszy: “Chciałbym mieć takie fajne życie jak ty”. – Pospolite – twierdzi. – Żadne fajerwerki. Jestem “planktonem fabrycznym”. Od lat w korporacjach. Dni spędzam w szklanym molochu. Praca od 9 do 17. Zakupy w supermarkecie. Kolacja z mężem, film na DVD – opowiada. – Mam kompleksy, chciałabym być chuda jak Kate Moss, nie lubię swojego nosa. W rzeczywistości nie jestem tak dowcipna ani tak waleczna jak Jolinda.
Za to histeryczna – żartuje Jola. – Ale gdybym nie przeżywała drobiazgów, nie pisałabym blogu. Wystarczy, że kobieta na poczcie warknie, kierowca wyrzuci niedopałek, mąż krzywo spojrzy przy śniadaniu, Jola się wkurza. Kiedyś nawrzeszczałaby na panią w okienku, kierowcę wyzwała od debili, a męża traktowała jak powietrze. Dziś siada do klawiatury. – Pisanie to moje “flakowywlekanie” – mówi. – Jak przewietrzę głowę i przejrzę się w krzywym zwierciadle, problem staje się tyciutki. “Brawo! Potrafisz śmiać się przez łzy, PMS-y, złość”, komentują czytelnicy.
POCZĄTKUS
“Dlaczego nie mogę spać pod biurkiem w pracy, skoro i tak nie mam nic do roboty?” – zdanie z Początkusa, wątku założycielskiego. Jola zachęcona akcją jednej z gazet – Piszmy blog zakłada w 2004 roku dziennik. – Potrzeba “przetrawienia” dnia została mi z dzieciństwa – opowiada. – Kiedyś pisałam w zeszycie w różyczki. W tajemnicy. Teraz chcę publiki, łudzę się, że moje spowiedzi się “nie marnują”. “Co za lanserski bełkot?! Po co zaśmiecać net?” – nie wszystkim podoba się Jolinda. – Bywa, że odechciewa mi się pisać. “Zawiodłaś mnie, więcej nie będę cię czytać”, ludzie są oburzeni postem: “Niestrawność oddzieciowa”. “Nie chcę dzieci – deklaruje w nim Jolinda po niedzielnym obiedzie w restauracji. – Bo to wrzeszczące małolaty z piszczałkami, które rzucają się frytkami. Za własne pieniądze nabawiłam się podniesionego ciśnienia, niestrawności i silnej niechęci do seksu”. Reakcja piorunująca. – Uznano mnie za wynaturzoną egocentryczkę – wspomina. Obraża się: Więcej nie piszę. Po trzech dniach odbiera 176 maili z prośbami: “Bądź sobie naczelną antymatką RP! Tylko pisz!”. Jola loguje się na Blogusie Pospolitusie. Stęskniła się.
UGRYZŁA MNIE OSA
Głośniej “szczekam” w wirtualu – żartuje. – Jestem ekshibicjonistką, duszą towarzystwa. Blog to erzac przyjaciół, sposób na bliskość – przyznaje. – Całe życie przeprowadzałam się z miejsca na miejsce. Tata dostawał kontrakty w całej Polsce. Rodzina jechała za nim. Zmieniałam miasta, traciłam znajomych, więc dziś trudno mi wejść w głęboką relację. W moim Blogusie sama ustalam granice. Kiedy kontakt robi się zbyt intymny, mówię stop. Moi “czytacze” to też moja grupa wsparcia. Przecież miewam napięcia przedmiesiączkowe, koleżanka dostaje podwyżkę, ja nie, ugryzła mnie osa. Myślę wtedy: Dno i metr mułu. I odpalam blog. Przeglądam się w oczach internautów. Czytając komentarz: “Mąż mnie wkurza, dziecko chore, jesteś mi potrzebna, żeby wstać z łóżka”, cieszę się, że komuś coś “poprawiam”. Choćby kiepski poranek. Ludzie chcą widzieć radzącą sobie ze wszystkim, wesołą Jolindę. Ostatnio czytacz stwierdził na Blogusie: “Świetna telenowela: nie nuży i nie można jej zarzucić, że jest nieżyciowa!”. – Piszę kolejne odcinki – uśmiecha się Jola – na razie mam wysoką oglądalność. Licznik odwiedzin przeskakuje.

Karolina Dulnik, 33 lata. Drugie życie: serwis społecznościowy Goldenline. Miejsce kontaktu ludzi, którzy chcą rozwijać się zawodowo. I nie tylko. Dla Karoliny Goldenline to hyde park, klub dyskusyjny, miejsce, gdzie spełnia marzenia, poznaje przyjaciół, znajduje miłość. Wyraża siebie. A ludzie jej słuchają. “Konkludując personifikację inkoherencyjną…”, na szkoleniu dla specjalistów PR trwa wykład. Karolina ziewa. Szturchnięcie. – “Hej – szepcze sąsiad – jesteś Carla? Dziewczyna z Goldenline? – Owszem – Karolina się czerwieni. – Słyszałem, że jesteś najlepszym kaowcem na GL. Ciągle coś wymyślasz. – Mam za dużo pomysłów – tłumaczy się Karolina – wiesz, gonitwa myśli. Z kimś muszę je dzielić”. Profil Karoliny na GL: Zdjęcie roześmianej dziewczyny. Czarny golf, postrzępione włosy, wygląda na 25 lat. W obszernym CV data urodzenia: 1976 rok. Stanowisko: rzecznik prasowy międzynarodowej firmy kurierskiej. Karolina zna języki, robi podyplomowe studia z PR-u. W dziale hobby wpisała: muzyka, żagle… i wielkimi literami ŻYCIE. Obok w rubryce “znajomi”: liczba 606. – Sto osób znam bardzo dobrze, są jak moja rodzina zastępcza – żartuje. – Prawdziwą zostawiła w Kaliszu, kiedy wybrała studia w Warszawie.
Gigantyczne zdjęcie kokpitu w samolocie wisi na ścianie w żoliborskim mieszkaniu – prezent od kolegów z GL. Karolina uwielbia latać, niebawem zrobi licencję pilota. Ma inne pomysły: kurs na sternika jachtowego, może nurkowania. – Znowu nadmiar planów – śmieje się. – Mam na nie czas, bo nie mam rodziny – mówi otwarcie. – Być mamą, żoną? Chciałabym… Ale jestem pojedyncza, dotychczasowe związki nie wypaliły. Szukam takiego wariata, który nadąży za mną, podzieli wszystkie moje pasje. Na razie dzielę je z wielomosobami. Nie ma faceta, jest Goldenline… – żartuje Karolina. – Tu nie czuję się sama. Ani samotna.
ZAPNIJ PASY
“Zlituj się, córeczko, choć w weekend nie włączaj komputera – Karolina odwiedza rodziców w Kaliszu. – Tylko sekundkę – tłumaczy się. Sekundka trwa godzinę. – “Tam sobie życia sobie nie ułożysz – mówi mama. – Oj, nie martw się, mamuś, właśnie sobie układam – śmieje się. – I tata powinien się zarejestrować. Pomogłoby mu to w interesach”. Po powrocie w jednym z wątków założonych na Goldenline Karolina napisze już poważnie: Czy tracicie coś w realu, przesiadując w sieci? Ja nie! Internet wzbogaca życie. Upiększa. I organizuje. Kilka dni z życia Carli. Poniedziałek wcześnie rano. W kostiumie, butach na obcasie wychodzi z domu, dźwigając olbrzymi karton. Wewnątrz książki, kredki, pluszowe misie. Znajomi z GL poważnie potraktowali jej apel: “Prezenty dla dzieci z pogotowia opiekuńczego.
Zbiórka u mnie w domu”. Wtorek. Carla skrzykuje kilkunastu goldenowców na koncert Myslovitz. W środę rano wsiada do pociągu do Katowic. Wspiera znajomego z portalu: “Jest konferencja, potrzebujemy eksperta – poprosiła. – Zrobisz wykład o współczesnych teoriach komunikacji? – Oczywiście”. “Ludzka twarz GL, Kobieta rakieta”, piszą o Carli goldenowcy. – Możesz schować się pod imponującym Curriculum Vitae – opowiada o GL Karolina – traktować nasz portal jak punkt kontaktowo-biznesowy. Albo spotkać pasjonatów i wrażliwców, którzy szukają czegoś więcej niż awansu. Rok temu dzięki GL Carla poleciała na wakacje życia. – Dwunastu wariatów z grupy: Lotnictwo wynajęło zabytkowego antonowa. – Uwielbiam dwupłatowce – opowiada. – Cel: Rumunia. Moment, gdy siedziałam obok pilota, czułam, jak podrywa się maszyna, a ja krzyczałam: Pasy zapięte? Będzie odlooooot!!, zapamiętam na długo. Następnym razem sama siądę za sterami.
W WIĘZIENIU
Zostanę przewodniczącą klasy, reporterką, skrzypaczką, 10-letnia Karolina co chwilę informuje rodziców o pomysłach na życie. – Apetyt na: “mocniej i więcej” to lejtmotyw mojego życia – ironizuje po latach. – Będę jak Tina Turner, kobieta wulkan – myślałam. – “Kręciłam” klipy ze sobą w roli głównej, przeglądając się w szybie meblościanki w mieszkaniu w Kaliszu. Dopóki byłam zdrowa – opowiada. Powracający koszmar. Co kilka lat Karolina ciężko choruje. W przedszkolu po zabiegu neurologicznym spędza miesiące w gipsie od bioder po szyję. Płacze, ilekroć słyszy z podwórka śmiechy koleżanek. W liceum kłopoty z nerkami. Operacja. I znowu izolacja. Jak w więzieniu. “Pula nieszczęść wyczerpana”, myśli. Kilka lat późnej ma poważny wypadek. Jest zima 2005 roku. – Nie poznaję swojego życia. Oszaleję.
Karolina znowu leży. Trzeci miesiąc nie wychodzi z domu. Gorset wokół pękniętego kręgosłupa ciśnie. Ale gorszy jest gronkowiec. Lekarz zarządza: “Zero kontaktów. Złapie pani każdą infekcję”. Jest źle. Zaczyna brakować pieniędzy, tuż przed wypadkiem Karolina odeszła z pracy. Koleżanka podpowiada: “Zaloguj się na Goldenline. To biznesowa elita, znajdziesz na pewno coś ciekawego”. Karolina: – Wyłowiła mnie duża firma PR. “Wracam do życia”, myślałam, łykając tabletki przeciwbólowe, żeby spokojnie przejść przez rozmowę kwalifikacyjną. – “Mogę zacząć za dwa miesiące”, powiedziałam. Dostałam pracę. Ale z Goldenline się nie wylogowałam. Nie szukałam zajęcia, tylko towarzystwa. Kiedy “łapałam dół” zamknięta w domu, potrzebowałam żyć życiem innych. Żeby nie skupiać się na sobie. Pół roku później. Karolina pakuje walizkę na kółkach. Wciąż osłabiona, na antybiotykach, ale już bez gorsetu jedzie do chłopaka. – Byliśmy razem kilka miesięcy – opowiada. – Zafrapował mnie. Poznaliśmy się w grupie Muzyka, cytując piosenki Kombajnu do zbierania kur po wioskach – mało kto zna ten zespół. Brak anonimowości jest potężną zaletą Goldenline. Tu nie możesz schować się za nickiem jak na portalach randkowych. Podoba ci się facet, sprawdzasz jego profil: CV, hobby, wypowiedzi. Złośliwy, nieśmiały, charyzmatyczny, błyskotliwy…, nawet stan konta można wyczytać między wierszami – żartuje Karolina.
NUDNO BEZ CIEBIE
A – jak Awiacja. B – jak Blog. C – jak Charytatywnie. F – jak Festiwale. S – jak Sensoryczni. Karolina moderuje i współtworzy kilkadziesiąt grup tematycznych. Wystarczy kliknąć w odpowiedni link, żeby prześwietlić jej życie. Karolina “kulturalna” to wpisy na forum Koncertowo: “Kochani, nie przeoczcie Sacrum Profanum. Uwaga, niedługo trasa Angie Stone”. Karolinę społecznika można spotkać w Charytatywnie. Tam rozkręca akcje pomocy. Umierający Mateusz ma marzenie, chce dostawać pocztówki z całego świata. “Wysyłajmy!”, namawia. Fora PR lub Komunikacja Wewnętrzna to odsłona profesjonalna Karoliny. Ludzką najłatwiej znaleźć w Sensorycznych. – To moja grupa “do przytulania” – tłumaczy. W wątku założycielskim napisała: “Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi za waszą czułość w nieczułości świata”. Tu rozmawia się o dziurach w sumieniu albo publikuje wiersz. Kolejne pomysły Karolina spisuje na żółtych karteczkach.
Potem wklepie je do laptopa. – Czasami próbuję odpocząć, ale gdy nie jestem aktywna dwa dni, dostaję prywatne maile: “Co się dzieje?! Nudno bez ciebie”. Jak wy mnie “uśmiechacie”, odpisuje Carla. – Muszę, potrzebuję, chcę być na Goldenline z powodu ludzi. Za dobrze znam samotność – mówi. Ale uwaga, w sieci kogoś tylko spotykasz. Poznajesz w realnym życiu. “Nie dotknę dziś komputera”, postanawia czasem Karolina. Kręci się po domu, przegląda gazety, przełącza kanały w telewizorze, wiesza pranie. “Jeszcze pomaluję paznokcie” – myśli. – Albo pójdę na łyżwy”. Wkłada czapkę, szalik i nie wytrzymuje: “Ktoś chętny na wyprawę na lodowisko?”, pisze na Goldenline. Sama na łyżwy? Idiotyczny pomysł Poślizgam się z moją półwirtualną rodziną. Umawiamy się w sieci. Spotykamy w realu.

JESTEM JAKA JESTEM
W internecie pokazujemy się tacy, jacy jesteśmy naprawdę – mówi psycholog Krzysztof Krejtz ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, redaktor naukowy książki Diagnoza Internetu 2009.
Twój STYL: Czy istnieją dwa światy? Ten, w którym teraz rozmawiamy, i wirtualny?
Krzysztof Krejtz: Nie. Rzadko spotyka się w internecie społeczności wyłącznie wirtualne, zazwyczaj “sieć” służy utrzymaniu kontaktów, które mamy w rzeczywistości albo chcemy odświeżyć jak w przypadku Naszej-klasy.
TS: Wiem, że czaty przestały być popularne, a ich miejsce zajęły fora. Dlaczego?
KK: Bo to coś bardziej trwałego, wartościowego niż pogaduszka na czacie. Forum zaspokaja potrzebę afiliacji, kontaktu z ludźmi, to też sposób na gromadzenie znajomych.
TS: Niektórzy mają na liście kontaktów 200, 400 osób, po co?
KK: To jak spis telefonów w komórce, gdybyśmy je policzyli, okazałoby się, że też jest ich ponad 200. Poza tym każdy z nas dąży, by być w grupie, otoczyć się “siecią” osób, które mogą nam być bliskie albo rzeczywiście są. A czasem zwyczajnie miło pochwalić się ilością znajomych. Jak w szkole: im więcej osób zaprasza mnie na imprezy, tym moja samoocena wzrasta. Wiem, że jestem popularny.
TS: Powszechnie uważa się, że ludzie w internecie są bardziej otwarci. Czy to prawda? KK: Z badań wynika, że w internecie pokazujemy się tacy, jacy jesteśmy naprawdę. Siedząc przed komputerem, nie widzimy rozmówcy, więc czujemy się bezpieczniej. I rzeczywiście czasami w sieci łatwiej powiedzieć o problemie czy o nim porozmawiać. Internet ma jedną zasadniczą przewagę nad realem: szybciej znajdujemy w nim ludzi do nas podobnych. Wegetarian, pasjonatów decoupage’u czy miłośników gotyckiego romansu. Badania amerykańskie pokazały, że osobom nieakceptowanym społecznie, np. homoseksualistom, anarchistom, którzy uczestniczyli aktywnie w forach skupiających osoby o takich samych poglądach, łatwiej było się otworzyć w rzeczywistości.
TS: Czyli ćwiczenie umiejętności wirtualnie może przynieść efekt w świecie rzeczywistym. Rewelacja!
KK: W internecie łatwiej zacząć mówić na ty, sprawić, że rozmowa jest mniej formalna. Jeśli się potem z kimś poznanym w sieci spotkamy “na żywo”, taką swobodę raczej zachowamy. Internet daje możliwość szybszej realizacji niektórych potrzeb, tak jak w przypadku blogerki, bohaterki reportażu. Naturalnie, mogłaby pisać np. teksty do gazety, ale byłoby to trudniejsze i zajmowałoby więcej czasu.
TS: Czy życie w popularnej grze Second Life naprawdę jest drugie?
KK: Nazwa budzi takie skojarzenia, ale to wcale nie musi być inna rzeczywistość! Czy pani praca to drugie życie? Są osoby, które w biurze spotykają się ze znajomymi. Ludzie emocjonują się, że nastolatka siedzi po pięć godzin w internecie, a nikt się nie zastanawia, że połowa Polski codziennie wieczorem ogląda M jak miłość, przeżywając losy fikcyjnych postaci. To nie jest second life?
Rozmawiała Ewa Awdziejczyk
WYJŚĆ Z SIECI
Jak rozpoznać uzależnienie od sieci i jak sobie z nim radzić, mówi specjalistka od uzależnień Luba Szawdyn
Twój STYL: Dlaczego ludzie uzależniają się od internetu?
Luba Szawdyn: Są zachwyceni: mają możliwość szybkiej komunikacji, zdobycia informacji. Potem zaczynają buszować po tym śmietniku i natrafiają na ukochane strony. I część z nich zostaje na zawsze. Komputer, jak kieliszek wódki, daje szybką ulgę, łagodzi lęki, zapewnia ekscytację.
TS: Po czym rozpoznać uzależnienie?
LS: Pierwsze ostrzeżenie słychać, kiedy znajomi mówią: “Już nie można wyciągnąć cię z domu”. To sygnał: uważaj, możesz się uzależnić. Gdy obiecuję sobie, że siądę na kwadrans, a wstaję nad ranem – to drugie ostrzeżenie. A trzecie, kiedy zaczynają się pojawiać objawy “odstawienia”. Jestem rozdrażniona, bo nie mam dostępu do sieci.
TS: Czy zetknęła się Pani z zaburzeniami osobowości w związku z używaniem internetu?
LS: Przychodzą ludzie-kameleony: tyle stworzyli sztucznych osobowości, że już nie wiedzą, kim są. Internet jest groźny dla osób starszych, które aktywność zastępują klawiaturą. A młodzież uzależnia się od gier. Często brutalnych, które są niebezpieczne dla rozwoju emocjonalnego.
TS: Jak można sobie pomóc w uzależnieniu?
LS: Kiedy wiemy, że gramy kilka ról: jesteśmy matkami, kochankami, pracownicami, internet nami nie zawładnie. Dla tych, którzy są uzależnieni, najlepsza jest terapia grupowa.
Rozmawiał Roman Praszyński
zrodlo: http://www.styl24.pl/article.php/art_id,2129/title,Nasz-Raport-Real-to-za-malo/#art-top